Żywot Św. Paschalisa od Najświętszego Sakramętu

   Żywot  Świętego Paschalisa Bylon 

   Żywot Świętego Paschalisa Bylon  Patrona Czcicieli N. Sakramentu

 

            Ks. W. Kryniecki na podstawie oryginału O. Autberta Groeteken  Włocławek nakładem Księgarni Powszechnej 1913 r. Nr 2314 Imprimatur Vladislaviae, die 23 Julii 1912 a + Stanislaus Ep.  Cancelarius Ad. Owczarek   Przedmowa Papież Leon XIII pismem z dnia 28 listopada 1897 roku, ogłosił świętego Paschalisa patronem stowarzyszeń eucharystycznych. Ojciec św. wska­zuje na objaw, stwierdzony dziejami Kościoła, że Pan Bóg zawsze w czasach trudnych zsyłał wier­nym swoim niespodziewane pociechy, Np. nabo­żeństwo do N. Serca Jezusowego, rozszerzenie czci do N. Maryi Panny, zawiązywanie się szczegól­nych stowarzyszeń do obrony wiary. Objawiający się w ostatnich czasach wzrost nabożeństwa do N. Sakramentu głowa Kościoła uważa za wysoką łaskę Boską i powiada: „Jak młodzież oddaną na­ukom poleciliśmy opiece św. Tomasza z Akwinu, stowarzyszenia dobroczynne opiece św. Wincen­tego a Paulo, chorych i tych, którzy im przynoszą ulgę — św. Kamilowi z Lellis i św. Janowi Bo­żemu, tak również mocą Najwyższej władzy Naszej ustanawiamy św. Paschalisa Baylon szczególnym patronem kongresów eucharystycznych i wszystkich stowarzyszeń, oddających się nabożeństwu do Naj­świętszego Sakramentu, i spodziewamy się, że to nasze postanowienie obróci się na korzyść chrześcijaństwa". Święty Paschalis mało jest znany w kraju naszym. A ponieważ wobec pomienionego dekretu Stolicy Świętej niejeden pobożny katolik chciałby zapoznać się ze szczegółami jego życia, sądzę przeto, że dobrze się przysłużę swoim ziomkom ogłoszeniem niniejszego żywota. Użyłem do tego celu dziełka niemieckiego franciszkanina, Ojca Autberta Groetekena; niewielka ta książeczka oparta jest na historycznie pewnych dokumentach i dla tego rzeczy w niej pomieszczone całkowicie za­sługują na wiarę, pomijają bowiem mnóstwo opo­wieści legendarnych, bezkrytycznie powtarzanych przez dawniejszych pisarzów żywota św. Paschalisa. Daj Boże, aby te karty uważnie przeczytane przyniosły zbudowanie duchowe, obudziły cześć dla pokornego sługi Bożego i za jego przykładem pomnożyły w naszych sercach głęboką miłość do Najświętszego Sakramentu Ołtarza.               

 

Rozdział I Jutrzenka

            Do najmniej malowniczych krain należy bezwątpienia Aragonia, dawniej osobne królestwo, dziś prowincya Hiszpanii. Ziemia to bezleśna, pełna piasczystych, porosłych wrzosem i janowcem rów­nin, lub gołych i smutnych pagórków. Jej miesz­kańcy, ludzie niezamożni, twardą pracą zniewoleni zdobywać kawałek chleba, poważni są i milczący, lecz zato wytrwali i pełni energii, a pod powłoką zewnętrznego spokoju kryjący nierzadko wewnę­trzny ogień zapału i uniesień. Ten właśnie kraj jest ojczyzną świętego Pa­schalisa. Ojciec jego, Marcin Baylon, ubogi wy­robnik, był właścicielem niewielkiej chatki we wsi Torrehermosa, stanowiącej uposażenie cysterskiego opactwa Huerto Regio. Pracowity i roztropny, uczciwy i szlachetny, przytem gorący katolik, po śmierci pierwszej żony wstąpił w powtórne związki małżeńskie z Izabelą Jubera, biedną lecz cnotliwą panienką, która mu zrodziła kilkoro dziatek. Stanowili oni wzorową chrześcijańską rodzinę. Izabela odznaczała się wielkiem, jak na jej bardzo ograniczone środki, miłosierdziem; Mar­cin pielęgnował w swem sercu ducha modlitwy. Żaden ubogi nie odszedł od ich drzwi bez otrzy­manej jałmużny, a gdy niepoczciwe jeżyki sąsiadów oskarżały żonę przed mężem o trwonienie grosza i rozrzutność, mąż znajdował na to szlachetną od­powiedź, że czynienie dobrze nikomu jeszcze nie wcisnęło do ręki żebraczego kija. Pracowite, nie­jedną troską zasępione, ale też zobopólną zgodą i spokojem domowym ozdobione życie Marcina, zakończyła równie spokojna i szczęśliwa śmierć. Przygotował się do niej pobożnem przyjęciem świę­tego Wiatyku, który pomimo wielkiego osłabienia chciał spożyć nie inaczej, jak w klęczącej postawie. Dnia 16 maja 1540 roku, w uroczystość Zie­lonych Świątek, wielka radość zapanowała w domku Baylona. Bogobojnym małżonkom Pan Bóg dał syna, którego bez zwłoki ochrzczono w miejsco­wym parafialnym kościele. Dziecię otrzymało imię Paskala czyli Paschalisa. Później na miejscu, gdzie stał ów domek, wybudowano nowy parafialny ko­ściół, w którym nad chrzcielnicą wyryto napis: Tu się urodził św. Paschalis Baylon. Miły spokój, rozlany na dziecięcej twarzyczce i łagodne usposobienie niemowlęcia dawały troskli­wej matce niejakie przeczucie przyszłych jego lo­sów. Skoro tylko władze duchowe synka poczęły się rozwijać, wszelkich użyła starań, aby najpierwsze jego uczucia skierować do Boga. Rozumiała aż nadto dobrze, że wrażliwe serce dziecka jest ową podatną glebą, na której jak można naj­wcześniej siać trzeba ziarenka pobożnych uczuć, aby się tam mocno zakorzeniły i nie dały się za-tłumić przez chwasty złych skłonności. Wkrótce toż z pociechą mogła dostrzedz spełnienie swych gorących pragnień. Ilekroć bowiem czyniła znak krzyża na czole i piersiach małego Paschalisa dziecię podnosiło rączęta i ze wzruszającą pobożnością takie same czyniło znaki. Gdy je razu pewnego zabrała ze sobą do kościoła na Mszę św., przez cały czas miało oczki na ołtarz zwrócone, jak gdyby rozumiało wielkość i świętość sprawo­wanych na nim tajemnic. I rzecz dziwna, żadne zabawy, żadne rozmowy nie sprawiały odtąd ucie­chy dziecięciu. Jego małe serduszko miłość swą jakby zamknęło w tabernakulum, gdzie przebywa Bóg żywy w N. Sakramencie utajony. To też ilekroć znalazła się sposobność zejścia z oczu matce lub starszemu rodzeństwu, malec na czwo­rakach pełznął do kościoła przed ołtarz, na którym znajdował się Zbawiciel pod postacią eucharystyczną przebywający i tam chętnie czuwał na straży, jak nowy cherubin u podnóża tronu Bożego. Już wtedy widocznem było, że Paschalis jest dziecięciem łaski.

             

Rozdział II Na rodzinnym błoniu

            Żadne z dzieci Baylona nie posiadało tyle cichej cnoty i wdzięku, ile Paschalis. Ze wzrostem ciała rósł on jednocześnie w piękne przymioty chrześcijańskiego chłopięcia i był prawdziwym ulu-bieńcem i pociechą rodziców. Znajomi ze czcią nań spoglądali, a jego starsze rodzeństwo taki dlań miało szacunek, że żadne z nich nie odwa­żyło się w jego obecności na jakąkolwiek niesfor­ność. Jak tylko mały Paschalis podrósł na tyle, że stał się zdolnym do pomocy ubogim rodzicom, ojciec poruczył mu doglądanie małego stadka owiec, stanowiących własność rodziny.. Przy tej sposob­ności upomniał chłopca, aby strzegł pilnie zwierzątka i nie pozwalał na wyrządzenie choćby najmniej­szej szkody na cudzych polach. Mały pasterz sta­rannie zapamiętał słowa ojcowskie i odtąd naj­większą jego troską było niedopuścić owieczek do plądrowania po obcych zagonach. W osamotnieniu pasterskiego życia bynaj­mniej nie gasło w nim wewnętrzne uczucie poboż­ności, owszem z postępem w latach coraz mocniej się rozwijało. Wprawdzie wobec poruczonego sobie zajęcia został pozbawiony sposobności odby­wania dłuższych nawiedzin N. Sakramentu, lecz zato pociąg do modlitwy, której mógł się oddawać bez przeszkody, wyrabiał w nim łatwość słodkiego obcowania z Bogiem. Ze złożonemi rączętami, z oczyma podniesionemi ku niebu, chadzał za swem stadkiem, podczas gdy wszystkie serdeczne jego myśli ulatywały na skrzydłach miłości do stóp ołtarza, gdzie w świątyni wioskowej Bóg żywy prze­bywał. Mali współtowarzysze i koledzy ziemskiego serafina patrzali z podziwem na jego niezwykłą postać i nienapotykane między sobą zjawisko. Wkrótce atoli Paschalis przyszedł do zrozumienia, że dobrze by było posiąść umiejętność czy­tania i tym sposobem módz korzystać z religijnych książek, a przez to lepiej zaprawić się w poboż­ności. Ta myśl zrodziła w nim gorące pragnienie nauki. Nie łatwo było zadosyćuczynić żywej chęci chłopczyny, który aż dotąd nie znał ani jednej li­tery. Skąd wziąć potrzebnych książek i gdzie na samotnych polach szukać człowieka, któryby mógł i chciał pouczyć małego stróża owieczek? Wytrwa­łość jednakże przezwyciężyła wszelkie przeszkody. Udało się Paschalisowi dostać od kogoś dziełko pod tytułem „Godzinki o Najświętszej Maryi Pan­nie". Drogi ów skarb zabierał ze sobą na pa­stwisko, siadał przy drodze, a nie spuszczając z oka owieczek, prosił przechodniów, znających się na sztuce czytania, aby mu zechcieli powie­dzieć znaczenie kilku przynajmniej liter. Tym spo­sobem doszedł do znajomości całkowitego alfabetu i własnem usiłowaniem zdobył tyle upragnioną umiejętność. To go jednak nie zadowoliło. Po­bożny samouczek począł zbierać, gdzie było można, kawałki papieru, prosił dobrych ludzi o na­kreślenie na nich liter pisanych, poczerń pilnie wprawiał swą rękę w kształtnem tychże wyraża­niu, aż wreszcie doszedł do zamierzonego celu i posiadł sztukę pisania. Nabyte z niemałym trudem wiadomości, przy­czyniły się znakomicie do duchowego postępu Paschalisa. Godzinki o N. Maryi Pannie były dlań pierwszym i stałym na tej drodze przewodnikiem. Jego czysta duszyczka czerpała stamtąd obficie. Na miejscu ustronnem, w pewnem oddaleniu od rodzinnej wioski, znajdowała się mała kaplica, po­święcona Matce Bożej. Do tego zacisznego kątka lubił on zapędzać swe stadko, a podczas gdy owieczki skubały tuż rosnącą trawkę, mały pas­tuszek klękał przed obrazem Bogarodzicy i zata­piał się w gorącej modlitwie. Tu go widywano przed wschodem słońca, tu i pod wieczór znajdo­wali go przechodnie. A chociaż konieczność wy­szukiwania nowych pastwisk zmuszała chłopczynę wędrować nieco dalej, jednak modląc się, zwracał zawsze twarz swoją ku ulubionej kapliczce. Paschalis dostał był od kogoś mały rzeźbiony obra­zek Maryi. Aby go nigdy z oczu nie tracić, przy­mocował go do wierzchołka swej laski pasterskiej i jeśli sposobność nadarzała się do dłuższego po­stoju na jednem miejscu, zatykał kij w ziemi, klę­kał przed wizerunkiem N. Dziewicy i rozpoczynał pobożną rozmowę ze swą niebieską Opiekunką. Taka nadzwyczajna bogomyślność nie mogła pozostać w tajemnicy, zjednała mu też wkrótce miano „małego świętego owczarka". I ludzie i niebo cenili go i kochali. W okolicy Alkonche! pasł on razu pewnego wraz z towarzyszem owieczki, gdy nagle powstał straszny huragan. Zakotłowało się na błoniu, gdzie się znajdowali. Obaj chłopcy uciekli pod wielkie rozłożyste drzewo, które zda­wało się być dosyć bezpiecznem schroniskiem. Wtem przeraźliwy trzask zachwiał potężnym olbrzy­mem, który w jednej chwili runął na ziemię. Dzie­ciom jednak nic złego się nie stało, a Paschalis rzekł do towarzysza: „Podziękujmy Panu Bogu, gdyż tylko Jego moc święta ochroniła nas od jaw­nego niebezpieczeństwa".

 

Rozdział III Chmurki utrapień

            Młode lata świętego nie miały upłynąć bez troski i przykrości. Jest to bowiem nieodmienny los każdego człowieka i choćby nawet czyje życie było podobne do pogodnego błękitu niebios, muszą niekiedy przeciągać po nim mniej lub więcej gęste chmury utrapień. Co zresztą nie zatrwoży wieku męskiego, ani zbytnio dokuczy umysłowi dojrza­łemu i zaprawionemu w walkach życiowych, to zdaje się być rzeczą niemałej wagi dla duszy mło­docianej i zaledwie wstępującej na drogę trudów i odpowiedzialności. Paschalis lubił życie pasterskie, a podobałoby mu się ono nierównie bardziej, gdyby nie troska o dokładne spełnienie ojcowskich poleceń i nie ko­nieczność ostrzejszego podnoszenia głosu na nie­posłuszne owieczki, które należało powstrzymywać od cudzej szkody. Chłopca mocno pociągały mo­dlitwa i czytanie, jego łaknąca dusza zdolna była całkowicie się w nie zagłębić. Cóż dziwnego, że swawolnemu stadku udawało się niekiedy wym­knąć z pod czuwającego oka, wpaść na cudze zagony i tam zagospodarować po swojemu. Po niejakiej chwili mały Baylon spostrzega się, widzi nieszczęście, spieszy wygnać szkodników z nie­prawnie zajętych placówek i serdecznie płacze nad krzywdą, jaka się stała pomimo jego chęci, a wszakże z jego powodu. Żal swój dopiero mógł wtedy nieco utulić, gdy stanąwszy przed pokrzywdzonym wła­ścicielem pola, dobrowolnie przyznawał się do winy i z pokorą prosił o przebaczenie. Zasadą jego w tym razie było: Lepiej tu czynić zadosyć, ani­żeli po śmierci, na drugim świecie. Ojciec Paschalisa, zmuszony koniecznością posłał go na służbę, aby chłopiec za przykładem starszych sióstr i braci zarabiał na swoje i całej rodziny utrzymanie. Jako młodszego pastuszka oddano go pod komendę starszego ;pasterza Mayorala, który prócz tego miał pod sobą kilku in­nych do pomocy. Aragończycy, lud posiadający w sobie domieszkę krwi arabskiej, muszą przede wszystkiem szukać utrzymania w hodowli owiec merynosów. Bardziej pasterze, niż rolnicy, prowadzą nieomal życie koczownicze, błądząc wraz ze swemi sta­dami po bezbrzeżnych, kamienistych stepach; no­cują najczęściej pod gołem niebem, 'kontenci, jeśli im nie zbywa na najpotrzebniejszych do życia środkach. Podobne zajęcie miało być odtąd po­wołaniem Paschalisa. Jakież przeciwieństwo do tego, co widział w domu rodzinnym! Tam czuj­ność ojca i matki przedziwnie pomagała do życia obyczajnego i do cnoty; tu nowi towarzysze, niczem niekrępowani, niepobożni, niewzwyczajeni do karności. Ich zwierzchnik, Mayoral, przedstawiał uosobienie prawdziwego mieszkańca stepów, nie­przywykłego do hamowania gwałtownych pory­wów i skłonności. Sprzeczki, kłótnie, obelżywe wyzwiska, nuwet bójki, stanowiły rzecz powszed­nią otoczenia, w jakiem się znalazł bogobojny pas­tuszek. A jeśli zapanowała zgoda i jednomyślność w nielicznej gromadce, niebawem psuły ją dokucz­liwe figle i żarty. Łatwo sobie wyobrazić, jak mocno nad tem bolał nowy towarzysz tych na po­łowę dzikich chłopaków. Nie mógł znieść obrazy Bożej, jaka się, działa w jego obecności. Święty zapał porywał go wówczas, przedstawiał im nie­stosowność ich postępowania i upominał serdecznemi słowami do poprawy obyczajów. Nawoływania młodocianego kaznodziei nie pozostały bezowocnemi i uśpione dusze poczęły przyjmować do serca, co im mówił. Zasłuchani w owe mowy natchnione i ogniste, nawet starsi, posiwiali w swym zawodzie pasterze, nie mogli się od łez powstrzy­mać. Odmiana życia, obudzenie uczuć pobożnych, oto błogie skutki, jakie w ich duszach wznieciła gorliwość anielskiego ich towarzysza. Długie jesz­cze lata potem wspominali sobie niektórzy z nich świątobliwą jego postać, jego wysokie cnoty, nie­zrównaną skromność. Nigdy, mówili oni, żadna. przysięga nie wyszła z ust jego, za to nieustannie wielbił Boga i Świętych, zwłaszcza Najświętszą Dziewicę. Mayoral jednak nie poddawał się dobrym wpływom Paschalisa. Zarozumiały pasterz z góry traktował chłopca, jego wymagania stawały się coraz nieznośniejszemi. Raz, zoczywszy w poblizkiej winnicy dojrzałe winogrona, polecił iść wraz ze sobą Baylonowi, który miał mu dopomódz do naruszenia cudzej własności. Spotkał się jednak ze stanowczą odmową. „Nie, nigdy tego nie uczynię",—zawołał święty młodzieniaszek. Mayoral zaczął mu grozić, lecz usłyszał energiczną odpowiedź: „Choćbyś miał mię rozerwać na kawałki, nie uczynię tego". Niepoczciwy pasterz musiał ustąpić wobec, takiej stałości, poszedł sam na wy­prawę i wrócił obłowiony kradzionemi winogronami, aby i towarzyszów uraczyć. Lecz Paschalis od­wrócił się od niego i rzekł: „Cudze dobro nie idzie na pożytek". Obcowanie z tego rodzaju ludźmi nie mogło obudzić w sercu chłopięcem przywiązania do świata. Czysta jego dusza łaknęła czego innego, coby ją zdołało ściślej z Bogiem połączyć. To Stwórca kładł w nią niepostrzeżenie ziarenko, które miało wkrótce zakiełkować i obudzić w niej stałe posta­nowienie porzucenia świata, jego pokus i niebez­pieczeństw                     

                                            

Rozdział IV Powołanie

            Cicha tęsknota opanowała serce Paschalisa. Klasztorne mury zarysowały się, w jego wyobraźni, jako spokojna i pożądana przystań. Cały ciężar dotychczasowego współżycia z towarzyszami tak odmiennych usposobień dawał mu się odczuwać aż nadto dotkliwie. Nawet w owym małym światku, na jaki składało się, jego otoczenie, widział po­ważne przeszkody do utrzymania się w pobożności, a tembardziej do postąpienia w cnotach chrześci­jańskich. Jednak poblizki klasztor Cystersów nie pociągał go, a poza granice rodzinnej okolicy nigdy aż dotąd się nie wydalał. Cóż mu wiać wypadnie uczynić, jeśli go Pan Bóg naprawdę woła do życia zakonnego? Stanął tedy nasz światy młodzian wobec najważniejszego dla siebie pytania, od rozwiązania którego zależy spokój duszy, błogość wewnętrzna, postęp w doskonałości i wieczna szczęśliwość. Rozumiał przecie, że odpowiedzieć na nie można przy łasce i pomocy Bożej, a łaskę i pomoc z nieba zdobywa się modlitwą. Modlitwa stała się dlań najpierwszym środkiem do poznania woli Pana Boga. To też nierzadko całe noce na nią poświę­cał, a poranki dnia były świadkami jego poboż­nych łez i zatopienia w rozmyślaniu. Wytrwale błagał Paschalis Matkę Najświętszą, aby raczyła poprzeć jego prośby przed tronem Boskiego Syna i w tym celu długie godziny trwał na klęczkach, zwrócony twarzą do Jej kaplicy, a Mayoral nie mógł się nadziwić, że tego jednego pastuszka nie potrzebował nigdy zniewalać do rannego wsta­wania, ilekroć bowiem przychodził, aby go ze snu obudzić, zawsze go już zastawał oddanego mo­dlitwie. Z bogomyślnością Paschalis łączył niezwykłe umartwienie; odmawiał sobie nawet lichej strawy pastuszków i poprzestawał na tak małej ilości, że wprowadzał w zdumienie swych towarzyszów. Gdy jeden z nich zadał mu pytanie, dla czego jada tak mało, odrzekł wymijająco, że jest mu z tem lepiej, ponieważ to go utrzymuje w rzeźwości, czyni lekkim i ułatwia trudy pasterskiego życia. Jego bose stopy nieraz raniły się aż do krwi na kamienistych ścieżkach Aragonii, często kaleczył je cierń przydrożny. Paschalis nigdy się nie skarżył na ból i dolegliwość, znosił cierpliwie i z weselem tak spiekotę słoneczną, jak i przeni­kające odzież ulewy deszczowe, a jednemu ze swych kolegów, Antoniemu Nawarro powiedział: „Królestwo niebieskie gwałt cierpi; tylko trudy, cierpienia i zaparcie siebie otwierają bramy jego". Wiedział dobrze święty młodzieniec, że Pan Bóg przemawia do serc Mu oddanych i gotowych na słuchanie Jego natchnień w ciszy i skupieniu ducha. Hałas i zgiełk światowy, roztargnienia i gadulstwo nie są zdolne usłyszeć wewnętrznego głosu Bożego. Stąd bardzo miłował samotność i unikał owych nocnych przy wspólnem ognisku czuwań pasterskich, podtrzymywanych rozmową i żartami, niezawsze zgodnymi z miłością bliźniego i poczuciem skromności. Jednego tylko znalazł pomiędzy towarzyszami rówiennika, godnego ści­ślejszej przyjaźni. Był nim Jan Aparicio, chłopiec równie skromny jak pobożny. Obadwaj też razem zwykli byli się modlić i nucić pieśni ludowe, przy czem młody Baylon wtórował na instrumencie o trzech strunach podobnym do gitary i noszącym w Hiszpanii nazwę Raból. Przed Jankiem skarżył" się, jak go , bardzo boli naganne postępowanie reszty kolegów. Jednak nie wyjawiał mu zamiaru wstąpienia do klasztoru, ponieważ jeszcze nie był pewny, czy taka jest wola Boża. Wszakże pew­nego razu, nie mogąc dłużej ukryć wezbranych uczuć serca, zwierzył się przed nim ze swymi za­miarami. O bezwątpienia, odpowiedział mu na to przyjaciel, jesteś stworzony do życia klasztornego. Ojcowie Cystersi zapewne ci nie odmówią i z ła­twością osiągniesz spełnienie swych życzeń. — Ach nie, nie, zawołał Paschalis, nie do zamożnego klasztoru pragnę wstąpić. Będę go szukał zdała od miejsc rodzinnych, abym w nim mógł żyć w całkowitem ubóstwie i zależeć zupełnie od Bożej Opatrzności. Tak to ubogi pastuszek rozumiał oddanie się Bogu, bez żadnego względu na rzeczy przemijające. I Pan przyjął jego ofiarę. Wytrwała mo­dlitwa znalazła wysłuchanie, a święty młodzian w cudowny sposób został upewniony o woli Bożej względem swej osoby. Gdy pewnego dnia po­zostawał zatopiony w modlitwie, naraz ujrzał przed sobą mężczyznę i niewiastę, przyodzianych w habity serafickiego patryarchy z Assyżu. Zdumienie ogarnęło Paschalisa, gdy w uprzejmych wyrazach oznajmili mu, że Pan Bóg chce, aby porzucił świat i wstąpił do zakonu św. Franciszka. Żywemi i barwnemi słowy dali mu poznać zalety życia zakonnego i wielką jego wartość w obliczu Bożem, poczerń zniknęli, pozostawiając w duszy młodzieńca uczucie niewymownej błogości. Miał on wrażenie podobne do tego, jakiego doznaje podróżny, który po długich poszukiwaniach natrafił na właściwą drogę. Jego dusza potrzebowała wywnętrzyć się przed przyjacielem. Bez zwłoki więc pospieszył do Janka i opowiedział mu swe widzenie, poczerń obaj pognali swe stada do znajdującej się w pobliżu krynicy. Niestety, znaleźli tu wodę mętną tak dalece, że Janek postanowił opuścić to miejsce i gdzieindziej czystego poszukać źródła. Lecz Paschalis odszedłszy kilkanaście kroków począł grzebać w piasku, naprzód rękoma, następnie laską pasterską, i o dziwo, z dołka owego wytrysło źródełko wody. W milczeniu Janek nachylił się, aby odświeżyć spragnione usta, w milczeniu obaj umaczali swoje kawałki czarnego chleba, a poży­wając go, Janek nie mógł zdumiony nie widzieć w tem, czego doznał, dowodu prawdy, że święty jego towarzysz miał w samej rzeczy widzenie nie­biańskie i niezawodny znak powołania do życia zakonnego. Niestety, radość jego z posiadania przyja­ciela miała się skończyć niezadługo. Wkrótce bo­wiem ujrzał Paschalisa gotowego do podróży i zdecydowanego szukać klasztoru, w którymby mógł się całkowicie poświęcić Panu Najwyższemu. Zostań z Bogiem, kochany przyjacielu, zawołał święty młodzieniec, już cię muszę opuścić. Pan Bóg powtórnie zesłał mi zwiastuna, abym świat porzucił i wstąpił do zakonu. Koledzy pożegnali się serdecznem uściśnieniem, aby już nigdy się nie zobaczyć na tym świecie. Upłynęło od owej chwili więcej niż pół wieku. Prawie cała Hiszpania, od królewskiego pałacu aż do najbiedniejszej chaty wieśniaczej, mówiła o spo­czywającym już w Panu, słudze Bożym Paschalisie. Z nadzwyczajną starannością poszukiwano i badano wszystko, co miało z nim jakąkolwiek styczność. Nikt jednakże nie przeczuwał, że w ro­dzinnej okolicy świętego żyje jeszcze stary, po­siwiały pasterz, aż dotąd tak samo, jak niegdyś czuwający nad swem stadem w kamienistych ste­pach i przechowujący w serdecznej pamięci tyle drogocennych wspomnień z życia dawnego rówie­śnika. Gdy zaś wieści o cudownych sprawach za przyczyną sługi Bożego, ze słonecznego południa, gdzie Paschalis zakonne wiódł życie, doszły także do Aragonii, starzec Jan Apparicio nie uląkł się długiej i uciążliwej podróży, dotarł do drogiej sobie mogiły Paschalisa, aby tam uronić łzę radości i w gorącej modlitwie podziękować Panu nad Pany za chwałę, którą otoczył grób przyjaciela. Z jego to ust zakonni bracia świętego dowiedzieli się tyle dla nich cennych szczegółów o młodzieńczych la­tach zgasłego współtowarzysza, o jego powołaniu do zakonu i cudownych znakach, za pomocą któ­rych podobało się Bogu upewnić go o łasce we­zwania do życia doskonalszego w murach klastornych. Ale wróćmy do przerwanego opowiadania. 

 

                                                                                      Rozdział V Na obczyźnie

            Osiemnaście lat liczył Paschalis, gdy podobnie jak niegdyś Abraham patryarcha, usłyszał głos Boży, wzywający go do opuszczenia stron rodzin­nych i do poszukania sobie klasztoru, w którym by mógł oddać się modlitwie i ćwiczeniom zakon­nym. Jego najbliżsi krewni bynajmniej się nie zadziwili, gdy im oznajmił o swojem postanowie­niu; nie kładziono mu też żadnej przeszkody. Przypadającą nań cząstkę ubogiej ojcowizny prze­kazał bratu i dwom siostrom, pożegnał się z nimi i poszedł w świat szeroki. A niemały kęs drogi miał przebyć gorliwy młodzian. W całej Aragonii nie było naówczas ani jednego klasztoru francisz­kańskiego, chociaż w innych krajach hiszpańskich od połowy 16-go stulecia powstało mnóstwo ma­łych klasztorów ścisłej obserwy. Jeszcze w wieku 15-ym hrabia Sotomayor de Bellacazar, spokrew­niony z domem królewskim, przybył do Rzymu i tam z rąk papieża Sykstusa IV, który także był franciszkaninem, przyjął habit „ubogiego patryarchy z Assyżu", poczerń przez lat siedem zaprawiał się w życiu zakonnem w klasztorze zwanym delie carceri, w pobliżu rodzinnego miasta św. Fran­ciszka. Za powrotem do ojczyzny zbudował nie­wielki klasztorek w jednym z dzikich wąwozów gór Sierra Morena i tam wraz z trzema towarzy­szami prowadził ostry, pokutniczy żywot. Mnóstwo odważnych i pełnych zapału dla sprawy Bożej młodzieńców zgłaszało się doń z prośbą o przy­jęcie do zakonu. Wyćwiczeni w szkole bogomyślności stali się szerzycielami reformy franciszkań­skiej, znanej także i u nas w Polsce pod nazwą Bernardynów. Wkrótce po śmierci Sotomayora w roku 1495, nowa prowincya zakonna liczyła 16 klasztorów, a w początkach 16-go stulecia po­dzieliła się na cztery osobne prowincye. Tak więc południe i zachód Hiszpanii usiane były klasztorami pomienionej reguły, 'natomiast wschodnio-północne okolice nie posiadały ich wcale. Wypadło tedy Paschalisowi zwrócić swe kroki na południe, do kwitnącego naówczas królestwa Murcia. Nie posiadamy dokładnych wiadomości o tej jego podróży, wiemy tylko, że przechodził przez małe, w górzystej miejscowości położone miasteczko Penas de San Pedro, gdzie jego starsza przyrodnia siostra Joanna znajdowała się na służbie. Wielką też była jej radość, skoro ujrzała ukochanego bra­ciszka; radaby była jak najserdeczniej go ugościć. Lecz Paschalis uprzejmie podziękował za wszystko i wcześnie udał się do przeznaczonej dla siebie izdebki. Czyżby już na spoczynek? Ciekawością wiedziona, Joanna spojrzała przez szparę we drzwiach się znajdującą, lecz przerażona odstąpiła natychmiast, nie mogąc znieść widoku, jaki się przedstawił jej oczom. Oto Paschalis w postawie klęczącej, biczował niemiłosiernie swe obnażone plecy. Wrażenie, jakiego wówczas doznała, aż do łez ją wzruszyło. Wczesnym rankiem młodzie­niec puścił się żwawo w dalszą drogę, żadnych zapasów brać z sobą nie chciał prócz trochy wody do picia. Zdumienie ogarnęło Joannę, gdy po odejściu brata znalazła posłanie nieporuszone, Pas­chalis bowiem na twardej ziemi zażył krótkiego spoczynku. Niewiadomo z pewnością, gdzie w ciągu lat dwóch przebywał nasz święty po opuszczeniu mia­steczka Penas de San Pedro. Zdaje się, że Pan Bóg celem wypróbowania go dopuścił nań pewne przeszkody w przyjęciu do zakonu i młody Baylon, nie widząc narazie innej drogi przed sobą, zmu­szony był wrócić do dawniejszego zajęcia, aby z głodu nie umrzeć. W roku 1561 pasterzował w okolicach Monforte, w dawnem królestwie Walencyi. Prześliczna kraina, nazywana rajem maurytańskim (ponieważ przez kilka wieków władali nią najezdcy Maurowie) i ogrodem Hiszpanii, przy­tykająca do morza Śródziemnego, odznacza się bogatą podzwrotnikową roślinnością, a jej wioski i miasteczka toną w bujnej zieleni drzew. Pas­chalis zapewne jeszcze nie przeczuwał, że owa ziemia, mlekiem i miodem płynąca, stanie się z woli Bożej świadkiem jego świątobliwego żywota. Właśnie przed niedawnym czasem dwaj to­warzysze wielkiego sługi Bożego, św. Piotra z Al-kantary, Antoni od Niepokalanego Poczęcia i Bar­tłomiej od św. Anny, przybyli w tamte strony celem zbadania, czy nie dałoby się zasadzić na tej glebie nowej latorośli franciszkańskiego zakonu. Wspomniany Piotr święty, nadzwyczajny miłośnik umartwienia, kierując się natchnieniem od Boga sobie danem, zbudował ubożuchny klasztorek w miejsco­wości zwanej Pedroza i zaprowadził w nim nierównie ściślejszą od dotychczasowej surowość życia zakonnego. Pomimo różnorakich przeszkód re­forma znalazła niemało zwolenników i rozszerzyła się nawet poza granicami Hiszpanii. W Polsce ta gałąź franciszkańskiego zakonu otrzymała miano Reformatów. W czasie, o jakim tu mowa, poczęła się rozrastać w samej dopiero Hiszpanii, a Piotr z Alkantary po otrzymaniu pomyślnych wiadomości od wysłanych na wywiady braci postanowił przy pomocy życzliwych dla swej reformy osób zbudo­wać z początkiem roku 1561 dwa nowe klasztory, jeden w Elche, drugi w Monforte. Mieszkańcy obu tych miasteczek przyjęli bogomyślnych przy­byszów z wielką życzliwością i szacunkiem, lecz niczyje serce nie doznało tak radosnego uczucia, jak dusza Paschalisa. Od chwili, gdy ujrzał w bru­natne habity przyodzianych braci, przypomniało mu się cudowne w stronach rodzinnych widzenie. Ci, co mu przed dwoma laty przyszli oznajmić wolę Bożą, jakże podobni byli do nowo osiadłych w pobliżu zakonników, a ich surowy i całkowicie Bogu oddany sposób życia jakże mocno przema­wiał do jego usposobienia! To też odrazu ich pokochał i zapewne też wówczas powtórzył słowa psalmu: To odpocznienie moje na wieki wieków, tu mieszkać będę, bom je obrał (131, 15).                         

 

Rozdział VI U progu świątniccy

            Jeszcze nieprędko miało się spełnić gorące pragnienie młodego Baylona. Dziwnie bo Pan Bóg zdaje się nieraz postępować z człowiekiem. Ludzie słabej wiary, gdy natrafiają na przeszkody, nie mogąc wyrozumieć dróg Opatrzności, tracą ufność, albo nawet ośmielają się szemrać przeciw mądrym i miłosiernym, choć niezbadanym Jej wy­rokom ; lecz prawdziwie cnotliwy chrześcijanin nie zachwieje się ani na moment: umie zgadzać się z najświętszemi rozporządzeniami niebieskiego Pana, bo wierzy mocno, że miłującym Boga wszystko dopomaga ku dobremu. Tak postępował Paschalis. Pomimo wyraźnej woli niebios, dotyczącej jego powołania, furta klasztorna dla przyczyn bliżej nam nieznanych zamkniętą dlań była i jeszcze przez cztery prawie lata musiał on cierpliwie cze­kać, aż będzie mógł dopełnić otrzymanego przez się w cudowny sposób wezwania i urzeczywistnić najgorętsze serca swego pragnienie. Z dnia na dzień w towarzystwie niemych bydlątek, ubogi, prawie ni­komu w tamtej okolicy nie znany i nikogo nie obcho­dzący, samemu sobie pozostawiony, z powierzchow­ności podobny do wszystkich innych pasterzy, wiódł nasz święty młodzian życie na pozór bardzo jedno­stajne, ale naprawdę wysoce bogomyślne. W jego pełnem miłości Bożej sercu przemieszkiwał Duch Święty i ubogacał go cennym darem modlitwy i rozmyślania o rzeczach zbawiennych. Gorące a częste westchnienia do N. Bogarodzicy i akty strzeliste, które się z piersi i ust jego wydobywały, najlepiej świadczyły, jakiemi uczuciami przepełnione były myśli Paschalisa. Z różańcem nigdy się nie rozstawał, nosił go na szyi i odmawiał pobożnie tak na polu, jak i podczas nocnego czuwania, polecał go towarzyszom jako najskuteczniejszy środek we wszelkich utrapieniach ducha. Myśl o eucharystycznym Zbawicielu nigdy go nie opusz­czała, korzystał z każdej wolnej chwili, by na­wiedzić N. Sakrament i u stóp ołtarza oddać hołd Panu nad Pany. Niestety, chwil takich do rozporządzenia posiadał bardzo niewiele, a nawet w dni niedzielne niezawsze mógł wysłuchać mszy świętej. Bolało go to niezmiernie i nieraz skarżył się w głębi serca Zbawicielowi swemu, że nie może Go tak uczcić, jakby tego pragnął. Lecz oto gorącym chęciom młodzieńca niebo w cudowny sposób czyni zadosyć. Pewnego razu, gdy Paschalis w postawie klęczącej modli się na polu, ukazuje mu się Pan Jezus w postaci sakramentalnej, otoczony nadzwyczajną światłością. Duszę świętego ogarnęło niewymowne szczęście i błogość, jakiej nigdy dotąd nie doznawał. Podniósł do góry swe ręce, jakby chciał przyciągnąć do siebie przed­miot niebiańskiej miłości, a usta zanuciły pieśń uwielbienia. Zawołał też na będącego niedaleko towarzysza, który przecież pomimo pilnego natę­żenia wzroku nie zdołał dojrzeć nic z cudownego widzenia, ponieważ je Pan Bóg chciał mieć za­chowane jedynie dla wybranego miłośnika swojego. Największą przyjemność sprawiało Baylonowi prowadzenie poruczonego sobie stada na pastwiska w pobliżu pewnego kościółka, w którym znajdo­wał się obraz Bogarodzicy, miany w szczególnej czci u mieszkańców nietylko bliższych, lecz i dal­szych okolic. Przy kościele było źródło i niewielki klasztorek, do którego raz nawet święty owczarek prosił o przyjęcie, lecz spotkał się z odmową. Nie zaniechał przecież w dalszym ciągu kierować owieczki na te same miejsca, stamtąd bowiem tak mu było słodko przenikać wyobraźnią mury stojącej blizko świątyni, oddawać w duchu hołdy Panu Je­zusowi i pozdrawiać Matkę Najświętszą przed Jej wizerunkiem. Owe jednak częste wycieczki zawsze na te same pastwiska zwróciły uwagę właściciela stada, Marcina Garcia, który mniemał, że owce jego łatwo mogą ucierpieć z powodu niezbyt ob­fitej paszy. Polecił więc Paschalisowi, aby je wyprowadzał dalej, gdzie trawy było pod dostatkiem. Na to odrzekł święty: Bądź przekonany, panie, że ani ja, ani moje stado nigdzie się tak dobrze nie czujemy, jak pod okiem Najświętszej dziewicy. Przy Jej opiece nie schudną owieczki". Garcia nie nalegał i ku swemu niemałemu zdziwieniu wkrótce zauważył, że owce doskonale się wypasły i pod­niosły na wartości. Odtąd wielkie powziął wy­obrażenie o pobożności Paschalisa, przez którego i jemu Pan Bóg tak dotykalnie raczył błogosławić. Zresztą nasz święty młodzieniec ćwiczył się naówczas nietylko w pobożności, lecz i w innych także cnotach znaczne czynił postępy. We wszyst­kich sprawach swoich tak był umartwiony, że nigdy, słowa próżnego nie wyrzekł i nikt też ni­czemu w jego postępowaniu nie umiał przyganić. Szczerość, prostota, bojaźń Boża cechowały go na każdym kroku. Pokora, miłość, skromność, wdzięk jego obyczajów czyniły go miłym dla tych, którzy z nim bliżej obcowali. Powszechnie wie­dziano, jak miłosierne i współczujące miał serce dla nędzarzy, z którymi zawsze był gotów po­dzielić się ostatnim kęsem. Tę cnotę przejął był jeszcze od swej pobożnej matki. Podczas żniwa chętnie łączył się ze żniwiarzami, aby dzielić z nimi znojną ich pracę. Jak dawniej, tak i teraz nie­zmiernie dbał o to, aby jego owce żadnej szkody sąsiadom nie wyrządzały, a jeśli się to pomimo jego woli zdarzyło, natychmiast spieszył z odszko­dowaniem. Z powodu bardzo w królestwie Walencyi rozwiniętej hodowli owiec byli tam przy sądach osobni taksatorowie, na których ciążyła powinność oceniania szkód, wyrządzanych przez stada, i oznaczania ilości zboża, jaka miała być oddawana pokrzywdzonemu zamiast wynagrodze­nia. Ponieważ wiadomą była prawdomówność Paschalisa, wierzono święcie jego słowom i zada­walano się tem, co on sam oznaczył jako spra­wiedliwe odszkodowanie. Z drugiej strony życie świętego nie obeszło się bez pewnych walk i trudności, gdyż cnota nikomu lekko nie przychodzi. Więc i on doznawał niekiedy zmysłowych podniet, które musiał poko­nywać. Gdy jeden z jego towarzyszów zagadnął go, czy doświadcza tego rodzaju pokus, odpo­wiedział na to: Tak jest, lecz ilekroć je uczuwam, natychmiast biczuję moje ciało rózgami tak długo, dopóki ból nie uśmierzy pokusy. Nigdy też nie ścierpiał, aby w jego obecności prowadzono nieprzyzwoite lub dwuznaczne rozmowy, a gdy pewnego razu jakiś  lekkomyślny  towarzysz  zdradził się przed nim ze swym występnym zamiarem, rumieniec obrażonej wstydliwości oblał niewinną twarz młodzieńca, który ze stanowczością oświad­czył, że nie zawaha się jego i wspólnicę grzechu ra­czej kamieniami odegnać, a nie dopuści do obrazy Bożej. Nic dziwnego, że skromny i pobożny Paschalis miał wielkie poważanie u tych, którzy po­znali zblizka tę prawdziwie anielską duszę. Jego zamożny gospodarz Marcin Garcia, człowiek bez­dzietny, podziwiając wysokie cnoty młodziana, tak go pokochał i tak się doń przyzwyczaił, że umyślił go sobie przybrać za syna i uczynić spadkobiercą całej swej majętności. Paschalis z głębi serca po­dziękował za taki dowód życzliwości, jednak ofia­rowanego dziedzictwa nie przyjął, ponieważ, jak mówił, umiłował cnotę ubóstwa. Odtąd usiłowa­niem jego było jeszcze doskonalej wyrzec się świata i doczesności. A chociaż życie, jakie prowadził, daleko słuszniej można było nazwać zakonnem, niż świeckiem, to przecież nie przestał tęsknić do furty klasztornej, aby przez pilne zachowanie re­guły zupełniejszem uczynić oddanie całego siebie na własność Panu Bogu.

 

Rozdział VII Spełnienie Pragnień

            Rząd pokrytych zielenią pagórków oddziela dwa niezbyt odległe od siebie miasteczka hiszpań­skiej prowincyi, zwanej Walencyą. Z jednej ich strony leży Monforte ze swymi klasztorkami, z dru­giej Elche ze starożytnym maurytańskim wyglą­dem, dochowanym z czasów dawniejszych, gdy jeszcze muzułmańscy arabowie byli panami kraju. W ciągu swego pasterzowania w tamtych okoli­cach Paschalis nieraz miał sposobność bywania w Elche, osłoniętem mnóstwem wysokopiennych drzew palmowych. Tym razem, w początkach 1564 roku zapukał do furty klasztoru św. Józefa, Braci Mniejszych Reformatów i zażądał widzenia się z komisarzem prowincyi, bratem Alfonsem z Lereny, który jednocześnie sprawował urząd gwardyana w Elche. Stanąwszy przed nim, prosił przez miłość Boga o przyjęcie do zakonu. Brat Alfons był to człowiek doświadczony, posiadający niezwykły rozum i znajomość ludzi. Służył niegdyś w wojsku Karola V i już w doj­rzalszym wieku wstąpił do zakonu Franciszkanów. W Rzymie poznał bawiącego tam naówczas św. Pio­tra z Alkantary, który swem przedziwnie umartwionem i świątobliwem życiem nadzwyczajne nań wywarł wrażenie. Po uzyskaniu pozwolenia Al­fons przyłączył się do nowej reformy Piotra, po­zyskał jego całkowite zaufanie i stał się jednym z najwybitniejszych pomocników świętego męża, który niebawem wysłał go jako zwierzchnika wraz z ośmiu wypróbowanymi w karności zakonnej braćmi do Walencyi, aby założył oba wspomniane klasztory w Monforte i Elche. Nowa prowincya zakonna pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, jako pierworodna córka błogosławionego pokutnika z Alkantary, w szczególny sposób cieszyła się jego przywiązaniem i miłością. Piotr nie zawiódł się na Alfonsie i miał tę wielką pociechę, że przed samą śmiercią 1562 r. otrzymał od niego spra­wozdanie o pomyślnym po Bożemu rozkwicie kar­ności zakonnej w obu zarządzanych przezeń klasz­torach, o surowem zachowywaniu świętego ubóstwa, o doskonałej miłości braterskiej i duchu modlitwy, troskliwie pielęgnowanym przez zakonników. Brat Alfons poznał się na wartości wewnętrz­nej młodziana. Zresztą słyszano już o nim od dosyć dawna w klasztorze Braci Mniejszych Refor­matów. Być też może, że gwardyan z natchnienia Bożego przeczuł, iż Opatrzność przysyła zakonowi w osobie niespełna dwudziestoczteroletniego Paschalisa szlachetną perłę nieocenionej wartości, jak­kolwiek prosty w obejściu i nieuczony owczarek zdawał się być do niczego więcej niezdatnym, prócz do posługi kapłanom i klerykom zakonnym. Tak więc gorącemu pragnieniu Baylona stało się zadosyć: został przyjęty i odesłany do Monforte, aby w tamtejszym klasztorku N. Panny Loretań­skiej odbył rok nowicyatu. W uroczystość Matki Bożej Gromnicznej 1564 roku Paschalis przyjął ha­bit zakonny i nareszcie po długiem utęsknieniu za życiem klasztornem ujrzał się u celu swych marzeń ; ujrzał się tam, dokąd go Pan Bóg powołał. Za­pomniał o wszystkiem, co pozostawił poza sobą i z całym zapałem swej czystej duszy wstąpił na ścieżkę doskonałości zakonnej. Będąc na świecie, jakby na bezwodnej pustyni, podobny był do mi­łego i wdzięcznego kwiatka, który serce Boże radował życiem świątobliwem. Teraz przesadzony do ogrodu Boga, nie przestanie szerzyć dokoła wonnego zapachu cnoty posuniętej do szczytów bohaterstwa.

 

Rozdział VIII

            Rok próby prędko minął i nadeszła chwila, w której brat Paschalis miał jeszcze ściślej zjed­noczyć się z Bogiem przez złożenie, ślubów za­konnych. Jakże wielkiem było jego rozradowanie, gdy w kościółku klasztornym w Monforte, wstą­piwszy na stopnie ołtarza, ręce swoje związane stułą podał ojcu Janowi Cordovilla i zaprzysiągł uroczyście na całe życie zachować regułę świętego Franciszka i trwać nieodmiennie w zupełnem ubó­stwie, dozgonnej czystości i doskonałem posłu­szeństwie. A nie była to z jego strony czcza obiet­nica. Do czego się wobec swych braci zakonnych Panu Bogu zobowiązał, tego wiernie dopełnił. Re­gułę cenił niezmiernie, jako sprawę świętą, usta­wicznie nosił ją przy sobie, bardzo często odczy­tywał, zagłębiał się w jej tłumaczenia dawane przez papieży, polecał ją braciom i dosłownie w czyn ją wprowadzał. Pewnego razu jeden z braci za­dał mu pytanie: „Paschalisie, co mam czynić aby duszę swą zabezpieczyć?" Na to usłyszał odpo­wiedź : „Nic innego, tylko regułę spełniać co do słowa. Jeśli to czynisz, bądź pewny, że trafisz do nieba". Starzy w zakonie mężowie mówili: „Ten nasz młody brat wielkie błogosławieństwo ściągnąć na zgromadzenie, będzie on zaszczytem i ozdobą naszej reformy". Nie tylko reguła św. Franciszka miała stać się odtąd prawidłem życia Paschalisa; młody zakon­nik całkowicie przejął się duchem asyzkiego patryarchy, a szczególniej zamiłowaniem ubóstwa. Nie ustępował pod tym względem najdoskonalszym naśladowcom serafickiego ojca swojego, który z mi­łości ku ubogiemu Zbawicielowi, porzucił dostatki rodzinne i wszystkie bogactwa ziemskie poczytał za próżne błyskotki. Bardzo już znoszony habit Paschalisa tyle miał łat na sobie, że nikt by nie odgadł, jakiej był pierwotnie barwy. Nowa szata zakonna, którą musiał przyjąć z posłuszeństwa, więcej mu sprawiła tortury, niż najostrzejsza włosiennica: nie prędzej uczuł ją dopasowaną do siebie, aż skutkiem dłuższego noszenia porobiły się dziury, które trzeba było załatać. Jego celka takiem świeciła ubóstwem, że nawet koniecz­nych sprzętów nie posiadała: twarde łoże, drew­niany krucyfiks, papierowy obraz Matki Najświętszej, lichy kałamarz, bardzo pierwotny stolik, drewniany pieniek, który służył zarazem i za krzesło i za po­duszkę, oto całe umeblowanie apartamentów brata Baylona. Lekkomyślne niedocenianie tej cnoty stanowiło dlań wielką przykrość i nie mogło go powstrzymać od słów upomnienia. Jeden z braci wylał przypadkiem oliwę i niewiele sobie robił z wyrządzonej klasztorowi szkody, usłyszał za to wyrzut z ust świętego: I ty pragniesz być ubogim Chrystusowym ? Drugą cnotą, która przez śluby zakonne na­bywa wyższego uświęcenia, jest zachowanie nie pokalanej czystości ciała i ducha. Wymaga ona ofiary nawet od ludzi świętych, albowiem i święty jest człowiekiem, dzieckiem Adama, i on także stęka pod ciężarem pożądliwości. Słusznie Ojco­wie Kościoła przyrównywują czystość do rzadkiej, kosztownej perły, lub do lilii kwitnącej pomiędzy cierniem. Paschalis miał doświadczyć na sobie, że ani habit, ani mury klasztorne same przez się nie uchronią przed niebezpieczeństwem. Aby pokonać wewnętrznego nieprzyjaciela, który go trapił, po­ścił nasz święty ustawicznie, ograniczając swe po­żywienie do chleba i wody, często się biczował, sypiał tylko trzy godziny i to w niewygodnej, bo siedzącej postawie, opasywał swe ciało żelaznym łańcuchem i nosił ostrą włosiennicę. Razu pewnego w letni dzień upalny, zły duch usiłował w nim obudzić żądze zmysłowe wspomnieniem jakiejś nie­wiasty, przedtem widzianej w mieście. Aby od­pędzić pokusę, święty całem sercem począł wołać do Jezusa, jak niegdyś Piotr apostoł na morzu Galilejskiem: Panie, ratuj mię, bo ginę. Spieszy za-. raz do i kościoła, ze łzami i wzdychaniem rzuca się u stóp N. Sakramentu, przypada twarzą do posadzki i błaga gorąco o pomoc w swem utra­pieniu. Naraz rozlega się dzwonek od furty klasz­tornej. Było to w godzinie, gdy bracia, zwycza­jem tamtego kraju, zażywali nieco spoczynku. Paschalis, pełniący naówczas obowiązki furtyana, biegnie otworzyć, lecz w tejże chwili cofa się prze­rażony, jak gdyby jadowitą zobaczył żmiję: ta sama białogłowa stoi przed nim z lubieżnym uśmiechem na twarzy. Święty zbladł, głos mu zamarł na ustach, co rychlej zatrzasnął drzwi przed nią i poszedł ukryć się w swej celi. Nadmiar goryczy zalał mu serce. Długo, długo płakał i modlił się, aż wreszcie spokój i ukojenie wróciły do jego znękanej duszy. Ofiara z własnej woli, zupełne poddanie się pod rozkazy przełożonych, oto trzecia cecha praw­dziwego zakonnika. Całe postępowanie Paschalisa naznamionowane było takiem właśnie posłuszeń­stwem. Niczego nie śmiał przedsięwziąć bez zgody zwierzchników i dla tego zawsze był spokojny, gdyż czuł, że zawsze spełnia tylko wolę Bożą. Nawzajem też i przełożeni cenili jego wysoką cnotę, a prowincyał O. Piotr ze Sieny pozwolił mu sto­sownie do upodobania obrać sobie klasztor, w któ­rym by pragnął zamieszkać. Na to święty odrzekł, że niczego nie żąda i niczego nie chce czynić, coby nie było nacechowane posłuszeństwem; że nie pragnie wybierać i zupełnie zdaje się na wolę jego, ponieważ w nim widzi zastępcę Pana Boga. Przez takie zaparcie się własnej woli, życie Pas­chalisa było naprawdę ustawiczną ofiarą całopalną, albowiem według św. Grzegorza żadne całopalenie nie jest tak dalece wonną ofiarą w obliczu nieba, jak ofiara z tego, co jest w człowieku najszlachet­niejsze, to jest z własnej woli.

 

                                                            Rozdział IX Na ciernistej ścieżce umartwienia

            Są ludzie, którzy z miłości ku Bogu, celem całkowitego nad sobą zapanowania, z żelazną wy­trwałością odmawiają sobie najdrobniejszej i najniewinniejszej przyjemności; którzy nie pominą ża­dnej okazyi, wiodącej do zaparcia samych siebie i jak prawdziwi bohaterowie, krzyżują swe na­miętności, ustawicznie nad sobą odnosząc zwy­cięstwa. Do takich wytrwałych i mężnych charakte­rów należał i nasz święty Paschalis. Nadmorska kraina, kędy życie zakonne prowadził, należy do najgorętszych w Europie. Poblizkie jednak płaskowzgórza, wystawione na chłodne wiatry północo-wschodu, znaczne pod tym względem stanowią przeciwieństwo do upalnych wybrzeży. Na przykład w miejscowości Jumilla, gdzie synowie św. Fran­ciszka także posiadali swój klasztor, różnica klimatu niekiedy mocno dawała się uczuć tym, którzy z ni­zinnych przybywali okolic. Lecz czy tu, czy tam znajdował się święty braciszek Baylon, nigdy nie zabezpieczał swego ciała: ani przed zbytnimi upa­łami, ani przed dotkliwem zimnem. Jeden i ten sam habit wystarczał mu i na zimę i na lato. Po śniegu i lodzie zawsze chodził boso. Na swem ciele ustawicznie nosił albo włosiennicę, albo ro dzaj koszuli, uplecionej z kolczastych łętów, albo wreszcie rodzaj pancerza z podziurawionej blachy, której ostre kanty raniły go aż do krwi. W prze­ciągu wielu lat opasywał się żelaznym łańcuchem. Piotr Herrera, jego brat zakonny, wyciągnął z pod pnia, służącego mu za poduszkę, ukrytą tam jedną z pomienionych szat pokutnych i włożył na siebie, aby spróbować tego rodzaju umartwienia; jednak zdjął ją co prędzej na powrót, tak mu się bowiem zdało niemożebną rzeczą dłużej wytrzymać owe męczeństwo. Tymczasem święty w takiem właśnie odzieniu zwykł był spełniać swe prace od poranku aż do wieczora, a pozatem biczował się prawie codziennie, zwłaszcza w uroczystości męczenników i aniołów, łącząc karcenie ciała z odmawianiem psalmu Dawidowego Miserere (Zmiłuj się nademną Boże). Trudno doprawdy zrozumieć, jak ciało świę­tego pokutnika mogło w ciągu lat wielu wytrzy­mywać tego rodzaju umartwienia, zwłaszcza, że i bez nich było niepomału osłabione surowymi po­stami. Wiadomo z pewnością, że w zakonie prawie nigdy nie jadał mięsa, lecz żywił się nieomal wy­łącznie chlebem i małą ilością wina, pomieszanego z wodą. Poza zwykłymi czasami posiłku nigdy nie pożywał, nawet winogron, tak powszechnych na południu Hiszpanii, nigdy nie przechowywał ża­dnego owocu w swej celi, twierdząc, że zakonnik, który trzyma u siebie rzeczy do zjedzenia, nie osiągnie ducha prawdziwej doskonałości. Tak dalece umartwiony sposób życia musiał przedwcześnie poderwać siły Paschalisa, to też nie­kiedy gorączka rzucała go na twarde łoże zakonne. Lecz nawet i wtedy stanowczo wzbraniał się skorzystać z jakiegokolwiek zwolnienia, przysługują­cego chorym; nigdy nie dopominał się o lekarza, a gdy raz przełożony nakazał mu przyjąć mięsny j posiłek, Paschalis usłuchał, lecz za nadejściem nocy ubiczowal swe wychudłe ciało za to, że podczas dnia miało się zanadto dobrze. Ludzie światowi takiego umartwienia nie rozu­mieją i nazywają je powolnem samobójstwem; lecz gdyby zechcieli uważniej wniknąć w pobudki, ożywia­jące świętych Pańskich, łatwoby dostrzegli w ich bohaterskiem, godnem może raczej podziwu, niż naśla­dowania postępowaniu wielką miłość bliźniego i ofia­rowanie się za tych, którzy występkami i niegodziwemi roskoszami marnują zdrowie, skracają życie i ściągają gniew Boży na siebie. Bezwzględna surowość przeciwko sobie sa­memu zapewniła Paschalisowi dziwne panowanie nad własnemi skłonnościami i namiętnościami. Le­karz klasztoru w Yillarreal, dr. Jan Bennet, zna­jący doskonale naszego świętego, świadczy, że tenże z natury miał charakter gwałtowny, jednak tak skutecznie nad sobą pracował, że uważano go za jednego z najbardziej łagodnych ludzi. Nikt się nawet nie domyślał, jakie wewnętrzne walki musiał staczać ze sobą brat Baylon, gdyż w jego oczach zawsze odbijała się dobroć, a jego usta znały tylko słowa pokoju. Skoro zaś jego serce podniecała wrodzona aragończykowi pycha, na­tychmiast wtłaczał ją pod jarzmo upokorzenia, uniżał się przed najmniejszymi i gotów był wysta­wić siebie na szyderstwa ludzkie. Tak pewnego razu przedsięwziął był kilkogodzinną pielgrzymkę z Almanza do kościółka Matki Bożej Betleemskiej : szedł boso, w bardzo lichym habicie, mając na głowie koroną cierniową, a krzyż ciężki na bar­kach. Wewnętrzne swe usposobienie wyraził w na­stępujących słowach: „Wyzbądż się całkiem mi­łości własnej i obrzydź się samemu sobie. Pragnij z całego serca być wzgardzonym, wyszydzonym i zgniecionym, owszem, od wszystkich za nic po­czytanym. Nie sądź się jednakże być czemś wielkiem, jeśli się wśród tego wszystkiego zdobędziesz na rozradowanie w duchu; albowiem wiedz, że słusznie za swe grzechy doznajesz owych przeci­wności". Gdy mu niekiedy samotność dokuczyła i towarzyskie usposobienie pociągało go do roz­mowy, zaraz udawał się na modlitwę i tym spo­sobem utrzymywał ścisłą straż nad swym językiem. „Wierzaj mi, mój bracie, rzekł pewnego razu do O. Ximeneza, że całe bogactwo zakonnika leży w modlitwie; lecz nie może być mowy o duchu wewnętrznej modlitwy, dopókąd zmysły rozpro­szone są nazewnątrz i dopókąd ma się upodobanie w gadatliwości". Paschalis powoływał się także na przykład św. Grzegorza z Nazyanzu i jego słowa przystosowywał do siebie: „Wspomniałem na dawny spokój i milczenie, a widząc się dale­kim od tego, com umiłował od młodości i czemem chwalił Pana Boga, opuściłem wszystko i schro­niłem się na samotność", „Prawdziwie, nic mi się nie zdaje lepszem i pożyteczniejszem dla osiągnię­cia zbawienia, jak umartwić swe zmysły, odgrodzić się od świata, umrzeć ciału, skupić się w sobie, być zdała od ludzkich trosk i zabiegów, mówić jedynie z Bogiem, aby dusza, podniesiona nad wszystkie rzeczy doczesne, napełniła się boskiemi uczuciami i nie rozpraszała ich skłanianiem się do stworzeń. Wówczas człowiek staje się prawdziwym bez plamy obrazem Boga; wówczas już tu na ziemi staje się towarzyszem aniołów; wówczas daleki od ludzkiej ułomności, urasta przez łaskę ponad siebie. Kto doznał owego wewnętrznego żaru, ten rozumie, co mówię."Takie codzienne umieranie ziemskiego czło­wieka jest jego codziennem duchowem odmładza­niem się, przydającem duszy nowych sił według tego, co mówi święty Paweł: Dla tego nie ustawamy: ale chociaż ten, który zewnątrz jest, nasz człowiek psuje się; wszakże ten, który wewnątrz jest, odnawia się ode dnia do dnia. Albowiem to, które teraz jest, prędziuczko przemijające i lekkie nasze utrapienie, nader na wysokości wagę chwały wiekuistą w nas sprawuje. (11 Kor. 4, 16).                       

Rozdział X Ogień miłości

            W sercu wolnem od przywiązań doczesnych miłość Boża z łatwością roznieca wspaniałe ognisko. Gdy uczucie serca wyzbywa się wszelkiego samolubstwa i zwraca tam, gdzie jest źródło wszelkiego piękna i dobra, źródło wszelkiej doskonałości, jakże potężnem staje się wówczas! Jak niezwyciężoną i szczęśliwą jest dusza miłująca Tego, który sam tylko jest godzien nieskończonej miłości, ponieważ sam tylko jest nieskończony i nieskończenie do­skonały! Serce miłujące zawsze jest tam, gdzie jest przedmiot jego miłości; ustawicznie go w duchu ogląda, o nim myśli i z trudem daje się od niego oderwać. Kogo miłość Boża uchwyciła w swe więzy, rad woła z Psalmistą: Miałem Pana zaw­sze przed oczyma swemi, bo mi jest po prawicy, abym nie by f poruszony. Prze toż się uweseliio serce moje i rozradował się język mój; nadto i ciało moje w nadziei odpoczywać będzie. (Ps. 15, . Paschalis miał ustawicznie przed oczyma Boga serce swoje, w obecności Umiłowanego czuł się przebogatym i nadmiernie szczęśliwym. Na jego twarzy malował się zawsze łagodny uśmiech, co według zeznania braci zakonnych było jego cechą charakterystyczną. Żadne zajęcie nie sta­nowiło dlań przeszkody w owem zjednoczeniu z Panem Bogiem. Przy każdem poruszeniu szpa­dlem w ogrodzie, przy każdej innej pracy albo nucił duchowne pieśni, albo posyłał ogniste wes­tchnienia ku niebu. „Obym Cię mógł miłować, tak mówił niekiedy w podniesieniu duszy, obym Cię mógł miłować, mój Panie, moja Mocy, mój Wybawco w cierpieniu i niebezpieczeństwie. Co mam w niebiesiech, o Boże, lub czego pragnę na ziemi poza Tobą? Dusza moja i ciało moje ustają z tęsknoty za Twym majestatem. Ty jesteś Bo­giem mego serca, Tyś cząstką moją i dziedzictwem mojem na wieki". Często także wołał: „O miłości moja, Szczęśliwości moja, Odkupicielu mój, Radości moja, Nauczycielu mój. Nie żądam i nie pragnę niczego, tylko Ciebie. Nie chcę, aby mi o czem innem mówiono, tylko o Tobie. Ty mi wystar­czysz, boś Ty moim Ojcem, Bratem, Opatrzycielem, Ty mię strzeżesz i bronisz, Tyś celem moich prag­nień, Tyś umiłowaniem mojem!" Jego częstym aktem strzelistym było wołanie: „Miłość moja ukrzyżowana", a gdy je wymawiał, oblicze jego pałało od wewnętrznego wzruszenia. Po całodziennej uciążliwej pracy, odbywanej nieraz wśród dokuczliwych upałów piekącego słońca, szukał nasz święty wieczorem jakiego odosobnio­nego kącika, aby się tem swobodniej oddać my­ślom o umiłowanym Bogu swoim. Częste westchnie­nia, jakie z ust jego się wydobywały, świadczyły wymownie o serdecznych uczuciach, przepełniają­cych duszę brata Paschalisa. Zakonnicy przecho­dzący obok jego celi nawykli byli do owych głoś­nych wzdychań i błagań o zmiłowanie Pańskie, jako do powszedniego  zjawiska, które mu bynaj­mniej  nie  przeszkadzało w zachowaniu ustawicz­nego wśród dnia rozradowania i  pogody  oblicza. Bywały ponadto chwile, gdy ukryty w sercu ogień miłości jasnym wybuchał płomieniem.   Święte tajemnice wiary, podawane wiernym ku uczczeniu w różnych   uroczystościach  roku kościelnego, po­budzały Baylona do tem gorętszych uniesień, dając poznać niewymowną  gorącość jego  całkiem Bogu oddanej duszy.  Pamiątka Narodzenia i Zmartwych­wstania   Zbawiciela,   oraz   inne   święta  kościelne wprowadzały   go   w   stan   radosnego   zachwytu. Zdawał się on wtedy nie być panem swych myśli i  w duchu  przeżywał  to,   co   Kościół  uroczyście obchodził.    Razu pewnego przed Bożem Narodze­niem  siedział z kilku braćmi  na ławce kuchennej, nie biorąc udziału w toczącej się rozmowie.    Nagle podniósł się i począł głośno wołać; uniesienie we­wnętrzne owładnęło nim tak dalece, że zakonnicy pragnąc je pohamować,  nie umieli  sobie poradzić i dopiero glos przełożonego:    „Bracie  Paschalisie, w imię świętego posłuszeństwa rozkazuję ci, abyś się uspokoił",  przywrócił  go  do  zwykłego  stanu duszy.    Bezwładny i jakby wyczerpany   upadł na ręce   braci,   który  zanieśli  go do   celi klasztornej. Coś podobnego  zdarzyło się,  gdy Paschalis prze­bywał w Monforte,  przygotowując  się  przez  dni czterdzieści do obchodzenia uroczystości Zielonych Świątek.    W owym  dniu   zrana o godzinie   dzie­wiątej, gdy właśnie   Duch   święty zstąpił na apo­stołów,  Baylon  wraz z innymi  braćmi klęczał na modlitwie, gdy naraz duszę jego ogarnął taki po­tok miłości, że głośnym  krzykiem  zdradził się ze swemi nadprzyrodzonemi uczuciami. W klasztorze św. Anny pod Jumillą zdarzyło się, że brat Andrzej Rodriguez wszedł niespodzia­nie do kościoła, gdzie Paschalis pozostawał na rozmyślaniu, i ze zdumieniem ujrzał świętego pod­niesionego o łokieć ponad posadzkę. Chciał się cofnąć natychmiast, ale mąż Boży zauważył jego obecność i prosił później z niemałem zakłopotaniem, aby nikomu o tem, co widział, nie wspominał. Częstokroć także spostrzegano, że przez więcej niż pięć godzin, podobny do posągu trwał w kleczącej postawie, zatopiony w głębokiej modlitwie. Mały kwiatek z klasztornego ogrodu zdolny był wprowadzić go w niebiański zachwyt i zdarzało się, że trzymając go w ręku, przez czas długi stał pod krzyżem jakby nieprzytomny. Ogień miłości gorejący w sercu Paschalisa, czynił niekiedy jego małomówny język natchnionem narzędziem chwały Przedwiecznego. Raz w wigilię Bożego Narodzenia przypadło mu w udziale prze­mówić do zakonnej braci „o Dzieciątku Jezusie". Początek nie był łatwy, lecz następnie słowa po­płynęły z ust jego jakby potokiem; tak wymownie przedstawił szczegóły świętego zdarzenia, jakby sam znajdował się pomiędzy pasterzami, klęczał przed żłóbkiem, brał na ręce Boskie Dzieciątko i oddawał cześć na sianie złożonemu Bogu w ludzkiem ciele. Mówił o Jezusie i do Jezusa z taką serdecznością, że każdy czuł doskonale, jak głę­boko to słodkie Imię tkwiło w duszy jego. Kiedy indziej znowu do chorego Paschalisa przyszedł w odwiedziny pewien matż bardzo życzliwy klasz­torowi, aby rozmową ze świętym pocieszyć się w jakiemś swojem utrapieniu. Sługa Boży aż do zmroku wieczornego rozprawiał z nim o rzeczach świętych bez najmniejszego zmęczenia, a pocie­szony i zachwycony przyjaciel wyznał potem, że ów przydłuższy pobyt w towarzystwie brata Baylona zdawał mu się być zaledwie jedną godziną. O miłości, woła święty Bernardyn z Sieny, o miłości, wielki i niezrównany skarbie Boży ukryty w ogrodzie serca! O drogocenna miłości, która każdego cię posiadającego czynisz bogatym, a bez której największy bogacz ubogim jest; kto bowiem nie posiada miłości, niczego nie posiada. O miłości zysk wielki przynosząca! „Wiele córek zebrało bogactwa, tyś przewyższyła wszystkie". (Przyp. 31, 29).

 

Rozdział XI  Przed Najświętszym Sakramentem

            Środkowym punktem i jakby słońcem nabo­żeństwa katolickiego jest cześć Najświętszego Sa­kramentu.    I słusznie.    Sam bowiem rozum wiarą oświecony   wskazuje,   że   do   Boga  z  miłości   ku nam  prawdziwie i istotnie   obecnego na ołtarzach pod   sakramentalną   postacią,   hołdy i miłość  serc naszych   kierować   winniśmy.     Święty   Paschalis daje nam przedziwny wzór  duszy  całkowicie od­danej uczczeniu Pana Jezusa ukrytego w cyboryum, przebywającej wszystkie  wolne  chwile u stóp ta­bernakulum i gorejącej  przed  ołtarzem  na podo­bieństwo świecy jasnym płomieniem miłości.   Ubogi i nieznany   światu   braciszek   franciszkański  życie swoje poświęca wielkiej tajemnicy Ołtarza, w mil­czeniu i pokorze oddaje Bogu żywemu nieustanną cześć,   wielbi  Go wraz z aniołami  za  ów zbytek wyniszczenia się dla ludzi,   składa   hołdy za obo­jętnych, przeprasza za świętokradzców.   Jego żywa wiara w obecność Pana Jezusa w N. Sakramencie była raczej jasnem widzeniem  niebiańskiem.    Nie­wymowną pociechą napełniała jego serce myśl, że wspólnie ze swym Zbawicielem pod jednym mieszka dachem.   Myślą i wzrokiem  ustawicznie   nieomal zwracał się ku świątyni klasztornej, gdzie Pan jego przebywał. W kościele zmysły Paschalisa stawały się jakby zamarłe, nieczułe na wszystko, podczas gdy dusza całkowicie zanurzała się w Bogu. Żadna z wysokich cnót jego nie była tak ude­rzającą i tak godną podziwu, jak właśnie cześć i miłość do N. Sakramentu. Gdy spełniał obowiązki furtyana, dzwonek po sto razy na dzień odwoły­wał go do drzwi klauzurowych, i po sto razy na dzień Paschalis spieszył na powrót przed ołtarz, gdzie znajdował się ukryty Zbawiciel. Nieraz zato­piony w modlitwie nie słyszał dzwonienia, aż dopiero powtórny znak przypomniał mu jego powinność, a skoro tylko załatwił interesantów, powracał do kościoła, padał na kolana, zwracał oczy do taber­nakulum, albo je przymykał i pochylał głowę przed Panem. Kto raz widział go na takiej modlitwie, temu owa chwila na zawsze tkwiła w pamięci. Zresztą ponieważ w ciągu dnia zaledwie wolne chwile mógł poświęcać nawiedzaniu N. Sa­kramentu, przeto dopiero w czasie nocnym odda­wał się niepodzielnie adorowaniu przedziwnej Ta­jemnicy Ołtarza. O północy po trzygodzinnym zaledwie spoczynku, wraz z innymi braćmi wsta­wał na jutrznię; po jej odmówieniu w chórze za­konnym już nie wracał do celi, lecz klękał przed ołtarzem, pochylał głowę ku stopniom i tak mod­ląc się ze łzami i wzdychaniem, trwał aż do brza­sku porankowego. Następnie szedł budzić braci i służył do pierwszej Mszy św., a jeśli mógł, to i do drugiej. Bardzo często widywano go pła­czącego przy N. Ofierze, pomimo że dla pogodnej twarzy wszyscy zwykli byli dawać Paschalisowi miano świętego uśmiechniętego. W dniach, gdy bracia przystępowali do Ko­munii św., sługa Boży zdawał się cały jaśnieć od wielkiego zapału miłości Bożej. Prawie każdego dnia gotował się na owe wielkie chwile sakramen­talną spowiedzią, a tym, którzy mu to poczytali za przesadę, zwykł był odpowiadać, że komu się nie podoba codzienna spowiedź, za mało bierze na uwagę, ile łask marnuje człowiek wprowadza­jąc Syna Bożego do pokalanego serca. Gdy przyj­mował Komunię świętą, musiał używać wszelkich wysiłków, aby ukryć przed oczyma ludzkiemi trawiący go zapał, a jego zawsze pogodne oblicze jeszcze bardziej promieniało roskoszą i szczęściem. Powszechnie też przypisywano trwale uśmiechnięty wyraz twarzy Paschalisa działaniu Niebieskiego Pokarmu. I nie bez słuszności. Św. Tomasz z Akwinu, wielki Nauczyciel Kościoła, wewnętrzną radość duszy uważa za skutek Eucharystycznej Uczty. Mocą tego Sakramentu, pisze on, dusza się orzeźwia duchowem rozradowaniem i napawa słodyczą Boskiej dobroci. To jest właśnie owa ra­dość Świętych, o której mówi Izajasz(35,10): Wyku­pieni od Pana nawrócą się i przyjdą na Syon z wy­chwalaniem, a wesele wieczne na głowie ich. Dniami najrzetelniejszego szczęścia były dla brata Paschalisa dni, przeznaczone na uczczenie tajemnicy Eucharystyi. Wielki piątek nieomal bez przerwy poświęcał rozmyślaniu u stóp N. Sakra­mentu. Godzinami klęczał nieporuszony, nieczuły na wszystko, co go otaczało. Dzień Bożego Ciała był dlań dniem prawdziwej rozkoszy i osobliwą radość sprawiała mu myśl, że Zbawiciel eucha­rystyczny święci wtedy szczególne tryumfy w uro­czystych procesyach katolickiego świata. Tak to całe życie świętego układało się w jedną ustawiczną ofiarę miłości dla ukrytego na ołtarzu Syna Bożego. U stóp ołtarza jego dusza miała swe mieszkanie; nigdzie indziej nie znajdo­wał spokoju, podobnie jak igła, która zawsze zwraca się do magnesu. Tę wielką cześć N. Sa­kramentu sam Pan Bóg stwierdził cudownie po śmierci ubogiego braciszka serafickiego. Zwłoki Paschalisa były wystawione w kościele na kata­falku; od wczesnego ranka oblegał je niezmierny tłum ludzi; przyprowadzono wielu chorych, błaga­jąc o ich uzdrowienie za przyczyną nieboszczyka. Pomiędzy nieszczęśliwymi znajdował się także pewien ojciec, Jan Simon, którego córka Katarzyna już od dłuższego czasu niewymownie cierpiała z powodu mnóstwa wrzodów pokrywających całe jej ciało. Lekarze żadnej ulgi przynieść nie umieli dziewczęciu, a każde dotknięcie tem większą spra­wiało boleść. Stroskany Ojciec z wielkim trudem przywiódł ją do trumny świętego przed rozpoczę­ciem Mszy św., a błagając o zdrowie ukochanej córki, nie spuszczał z oka zwłok Paschalisa. Nagle podczas podniesienia Simon woła głosem podnie­sionym : Cud, cud, brat Paschalis oczy otwiera! Ze-Brani poczynają się tłoczyć dookoła trumny i oto przy podniesieniu kielicha z niewymownem zdumie­niem spostrzegają, że umarły ponownie otwiera oczy i wzrokiem zwraca się ku ołtarzowi, na którym sprawowano N. Ofiarę. Zapał wzrósł jeszcze bar­dziej, gdy dzieweczka całkowicie odzyskała zdrowie przy zwłokach sługi Bożego tak, że pozostały tylko blizny, jakby na pamiątkę owej strasznej choroby. Oby wszyscy żywą wiarą pamiętali, kto z miłości ku nim przebywa w Sakramencie Ołtarza, i chcieli uważać na to, co mówi do serca ich. Z tego boskiego źródła czerpali święci. Czerpajmy z niego także, siłę w pokusach, światło w zwąt­pieniu, męstwo w cierpieniach, miłość, pokój i szczęście.        

 

                                                                                    Rozdział XII Wśród Wilków.

                Najwybitniejszem wydarzeniem w cichem i ukry-tem życiu brata Paschalisa była jego podróż do Francyi. Okoliczności, w jakich ją przedsięwziął, w całej pełni wykazały jego bohaterskie posłuszeń­stwo, jego niezachwianą ufność w Panu Bogu, gorącą miłość ku świętemu Kościołowi, wielkie pra­gnienie męczeństwa, wreszcie ducha zaparcia sie­bie i głębokiej pokory. Trzeba było mieć niebyle jaką odwagę, by w habicie zakonnym ośmielić się podróżować po kraju, objętym płomieniem wojny domowej, politycznej zarazem i religijnej, i to bez grosza w kieszeni, bez zapasów, bez oręża i bez zapewnionego schronienia na godziny spoczynku. Paschalis znajdował się w klasztorze Almansa, gdy otrzymał zapytanie od ojca kustosza, czyby nie był gotów udać się z ważnymi papierami do prowincyała Bretanii, O. Krzysztofa Chefontain, późniejszego jenerała zakonu. Z radością podjął się wyprawy, mając na względzie i to, że może mu się dostanie korona męczeńska. Niektórzy ze współbraci, z uwagi na niebezpieczeństwa, powią­zane z ową podróżą, bardzo mu ją odradzali. W samej rzeczy, waśnie religijne już od r. 1562 pustoszyły i trapiły południową Francyę. Hugonoci czyli kalwini francuscy, gdziekolwiek mogli wziąć górę nad katolikami, pastwili się nad nimi w spo­sób okrutny. W miejscowości St. Severs strącili w przepaść 200 pojmanych kapłanów. Zakonni­ków wielkiego opactwa Grandchamp zasztyletowali, z wyjątkiem jednego, który szukając ratunku w ucieczce, jednakowoż był przez nich pojmany i pogrzebany żywcem. W samym tylko Delfinacie zamordowano 256 kapłanów i 112 zakonników. Briquemont, jeden z wodzów hugonockich, nosił naszyjnik z uszów pozabijanych księży. Francisz­kański kronikarz Wadding wymienia 200 braci swej reguły, którzy zginęli od kuli, sztyletu lub na szubienicy, albo w inny sposób, nie licząc tych, których imiona pozostały nieznane. Podróżujący przez owe kraje zakonnik miał się naprawdę czego obawiać. Paschalis jednak zdał wszystko na wolą Bożą i po otrzymaniu błogosławieństwa od przeło­żonych, boso i w wytartym habicie puścił się w da­leką i niebezpieczną drogę, mając wówczas 30 lat życia. Po przebyciu gór pirenejskich, zanim posta­wił stopę na francuskiej ziemi, wypadło mu raz jeszcze nocować w jakimś klasztorze swej reguły. Bracia zakonni o ile przyjęli go z otwartemi rę­koma, o tyle zdumieli się, widząc odwagę Pascha­lisa. Usiłowali mu wytłumaczyć, że taka podróż to rzecz niepodobna, że posłuszeństwo w tym razie nie może obowiązywać, że nie godzi się wy­stawiać życia na oczywiste niebezpieczeństwo. Tylko niektórzy pochwalali gotowość świętego do spełnienia woli przełożonych. Paschalis nieporuszony w swem przedsięwzięciu, złożył wszystko w ręce Opatrzności i będąc gotowym życie po­święcić dla Boga, dalej podróż zaczętą odbywał. Już w pierwszych zarażonych herezyą mia­steczkach francuskich gromadząca się na widok osobliwego pielgrzyma czerń, obrzucała go kamie­niami krzycząc: Precz z papieżnikiem, śmierć papieżnikowi! Milczący braciszek zdawał się nie zwracać uwagi na owe hałasy, więc nowy grad kamieni sypał się nań zewsząd. Jeden tak silnie uderzył go w lewe ramię, że go na ziemię powa­lił. Paschalis z trudem powstawszy, powlókł się dalej, a rana, jaką wówczas otrzymał, nigdy nie wyleczona, dokuczała mu aż do końca jego ży­wota. Innym znowu razem, mocno wygłodzony, wstąpił do pewnego zamku, prosząc odźwiernego o kawałek chleba. Lecz ten zoczywszy przed sobą wychudłego mnicha, pospieszył donieść o nim swemu panu, zawziętemu nieprzyjacielowi katoli­ków. Szlachcic siedział właśnie przy uczcie i ka­zał natychmiast wprowadzić brata Paschalisa. Zmie­rzywszy przybysza surowem okiem, zawołał: Wiem, kto jesteś, udany pobożnisiu; hiszpański szpieg patrzy ci z oczu. Śmiercią mi przypłacisz śmiałe zuchwalstwo. Święty spodziewał się, że go na­tychmiast zwiążą i wtrącą do lochu więziennego. Znalazło się przecież pomiędzy biesiadnikami litościwsze serce: sama pani domu usunęła zakon­nika z przed oczu mężowskich i poleciła go wy­prowadzić z zamczyska. Zmęczony i głodny sługa Boży trafił na biedną wdowę i u niej pokrzepił swe siły skromnym pokarmem. Kiedy indziej przechodził przez wieś, której mieszkańcy także porwali się do kamieni nie szczędząc przytem rozmaitych obelg. Naraz jakiś czło­wiek schwycił go za rękę i wyprowadziwszy z pośród tłumu, wepchnął do zanieczyszczonej stajni, poczerń drzwi zamknął i mocno je zaryglo­wał. Paschalis sądził, że nadeszła dlań ostatnia godzina. Całą noc trwał na modlitwie i Bogu swą duszę polecał. Atoli z nadejściem brzasku dziennego, tenże sam człowiek otworzył drzwi, obdarzył go jałmużną i w dalszą wyprawił drogę. Zdarzyło się raz, że święty podczas swej po­dróży napotkał rycerza, który doń podjechał, a przy­łożywszy ostrze lancy do jego piersi, zapytał go tonem, w którym brzmiała złowieszcza groźba: Bracie, czy jest Bóg w niebie? Aby zrozumieć cel owego pytania, należy wiedzieć, że hugonoci nie przyjmują nauki katolickiej o rzeczowistej obec­ności Pana Jezusa w N. Sakramencie. Odpowie­dzieć że tak, znaczyło w ich myśli zaprzeczyć, że jest On i na ziemi istotnie obecny w Tajemnicy Ołtarza. Przydać zaś, że Syn Boży jest także praw­dziwy i obecny pod postaciami sakramentalnemi, znaczyło narazić się na prześladowanie lub nawet śmierć męczeńską. Brat Paschalis nie zrozumiał podstępu, ukrytego w zagadnieniu i odpowiedział z prostotą „tak", niczego do odpowiedzi nie przy­dając. Napastnik pozostawił go w spokoju; póź­niej gdy nasz święty dowiedział się, jakie znacze­nie miała owa przyczepka, żałował mocno, że przez swą nieświadomość pozbawił się męczeńskiej ko­rony za pomimowolne zaniechanie jawnego wy­znania prawdy kotolickiej. W Orleanie kuszono się nawet doprowadzić sługę Bożego do apostazyi. Otoczony przez po­spólstwo, Paschalis został poddany badaniu co do swej wiary, zwłaszcza w N. Eucharystyę. Śmiało wyznał naukę Kościoła katolickiego i w tak prze­konywający sposób począł jej bronić, że heretycy nie mogli mu zaprzeczyć. Podrażnieni doznanem niepowodzeniem, wzięli się do kamieni i tym ra­zem byłby naprawdę nie wyszedł żywy z ich rąk, gdyby nie osobliwa pomoc i opieka Boża. Wyczerpany z powodu przebytych trudów i niedostatecznego pożywienia, Paschalis dotarł na­reszcie do Bretanii i dopełnił poruczonogo mu za­dania. Szkoda, że pisarze jego żywotu nie potrafili przekazać nam więcej wiadomości o pobycie świę tego we Francyi. Niewątpliwie musiał on mocno cierpieć na widok tak wówczas powszechnych świę-tokradzkich zniewag, jakich dopuszczali się błędno-wiercy, depcząc nogami lub w ogień wrzucając konsekrowane Hostye. Boleść swą niejednokrotnie zdradzał wobec braci zakonnych po swym powro­cie do ojczyzny, a najlepszym jej dowodem było, że w czasie owej pamiętnej podróży całkowicie posiwiał, pomimo swego młodego wieku. Godnem także podziwu jest, że wśród tylu niebezpieczeństw zdołał przejść tam i napowrót wielki szmat ziemi i wrócić do ojczyzny. Dotykalnie w tem okazała się Opatrzność Boża nad sługą swoim, który spra­wiedliwie mógł zawołać z psalmistą: Choćbym też chodził wpośród cienia śmierci, nie będę się bał złego, bowiemeś Ty jest ze mną. (Ps. 22. 4). Speł­niła się nad nim obietnica Pańska: Aniołom swoim rozkazał o tobie, aby cię strzegli na wszystkich drogach twoich. Na ręku będą cię nosić, byś snąć nie obraził o kamień nogi twojej. Po żmii i po bazyliszku chodzić będziesz i podepcesz lwa i smoka (Ps. 90).   

 

                                                                   Rozdział XIII Miłość bliźniego

            Dziwnie fałszywe panuje na świecie mnie­manie, że kto jest oddany modlitwie, zamyka się w sobie, żyje wewnątrz siebie, traci czucie na to, co go otacza, robi się sztywnym i surowym, a uczyn­ność, uprzejmość i grzeczność względem bliźnich są to rzeczy całkiem obce jego usposobieniu. Taka rzekoma świętość, ponura i zimna, lekceważąca wszelki ożywczy promień miłości i działająca na otoczenie, jak kurz na rośliny, daleką też była od brata Paschalisa. Jego miłujące serce w staraniu o bliźnich umiało być nadzwyczaj drobiazgowe. Gdy np. spełniał urząd w refektarzu klasztornym, zawsze pamiętał o braciach słabszych, albo cięższą obarczonych pracą i miał ich na szczególnym wzglę­dzie przy rozdawaniu porcyi. Również gdy szło o ulżenie komukolwiek w trudnych lub bardziej przykrych zajęciach, czynił to zręcznie i z owym swoim miłym uśmiechem na twarzy, a w całym klasztorze nie było nikogo, ktoby tyle był zajęty w kościele, ogrodzie, przy furcie, w refektarzu i kuchni, co niezrównany brat Paschalis. Z drugiej strony strzegł się wszelkiego po­chlebstwa, a gdy należało komu zwrócić uwagę, zrobić upomnienie, nigdy tego nie zaniechał, wszakże czynił to z taką dobrocią, iż odbierający wyrzuty czuł,  że  je   podyktowała prawdziwa   życzliwość, wolna   od  najmniejszego   podrażnienia.    Niejeden z   braci   zawdzięczał jego   mądrym   przestrogom utrzymanie się w powołaniu.   W  klasztorze Walencya pewien nowicyusz   zwierzył   mu   się z za­miarem poświęcenia się życiu pustelniczemu, które sobie  wyobrażał   jako   najpewniejszy   środek  do osiągnięcia świętości.   W pobliżu   Monforte  znaj­dowała się skalista grota,   do   której każdego ty­godnia jeden z zakonników udawał   się  na   odo­sobnioną  modlitwę i rozmyślanie.   Trochę  wody, sucharów i kilka książek do pobożnego czytania — oto   wszystko,   co   wolno   było   zabrać   ze   sobą. Każdego poranku przygodny   pustelnik przybywał do klasztornego kościoła, aby wysłuchać Mszy św., poczem nie przerywając milczenia, wracał na osob­ność.   W  końcu  tygodnia z wiązką  drzewa po­wracał do klasztoru.    Młodemu nowicyuszowi bar­dzo się spodobał ten rodzaj życia i umyślił go stale praktykować.    Paschalis ze zwyczajnym sobie do­brotliwym uśmiechem wysłuchał mówiącego, poczem opowiedział mu następujący   szczegół z własnego żywota. Gdym jeszcze przebywał w klasztorze w Mon­forte, przybiegł pewnej nocy znajdujący się właśnie w pustelni ojciec. Na twarzy jego malowała się trwoga i niezwykłe przerażenie. Nie mogąc prawie tchu złapać, z trudem oznajmił, że widział czar­tów, którzy przynosili do groty ogień, aby go spa­lić. Ze strachu zapomniał nawet książek zabrać ze sobą. Gwardyan polecił mi, abym je przyniósł, a ponieważ miałem ochotę spróbować życia pustel­niczego, więc następnej nocy pozostałem w owem odosobnieniu. Za nadejściem wieczoru odmówiłem modlitwę i położyłem się na  spoczynek z zamia­rem wstania o północy, umartwienia się biczowa­niem i przetrwania  na  modlitwie aż do poranka. Niestety, zmęczony drogą, zapadłem w głęboki sen, a gdym się obudził, słońce już było   wysoko na niebie i jakby ze współczującym uśmiechem zaglą­dało  do  mojej kryjówki. Zawstydzony, powróci­łem do klasztoru,  pod regułą  i z posłuszeństwa spełniać powinności zakonnika. - Nowicyusz   zro­zumiał daną mu przestrogę, porzucił pierwotny za­miar i pozostał w zakonie. W  tymże   samym  klasztorze  znajdował się pewien brat, który miał we zwyczaju każdej nocy mocno biczować się w kościele. Paschalis równie trwający podówczas  na  modlitwie, usłyszał  owe razy i zrozumiał, że takie umartwienie zbyt osłabi nieroztropnego i uczyni go niezdolnym  do  innych zajęć.    Powstał tedy ze swego miejsca i podszedł ku niemu, a im bardziej się przybliżał, tem jaśniej tamten  poznawał,   że co czyni, jest   raczej z poduszczenia złego ducha, niż z pobudek umartwienia. Ta myśl wprowadziła nieszczęsnego w wielki nie­pokój i dopiero sługa  Boży swem pełnem dobro­tliwości przemówieniem przyprowadził go do rów­nowagi duchowej,  wykazał  szkodliwość przesady i tym  sposobem  uchronił  brata od niebezpiecznej pokusy. Miłość i troskliwość Paschalisa rozciągała się także na obcych, zwłaszcza gdy czuł, że się znaj­dują w niebezpieczeństwie zbawienia. Na dzie­dzińcu klasztornym w Yillareal kopano studnię. Sługa Boży wszystkie wolne chwile poświęcał ro­botnikom, nauczał ich katechizmu, po wielekroć powtarzał im jedno i to samo, aby oświecić prostacze, bardzo niezdolne umysły. A wiedząc z do­świadczenia, ile trudu muszą poświęcać kaznodzieje, by módz spełnić włożone' na nich posłanictwo, bardzo szanował ich urząd, modlił się za nich go­rąco, aby Pan Bóg raczył błogosławić ich pracy, i rad im chętnie, czem tylko mógł, służył. Nigdy zresztą nie odmówił swej pomocy, tak w sprawach   duszy, jak i doczesnych, o ile na­turalnie miał po temu sposobność; nigdy nie miał na względzie różnicy pomiędzy osobami. Gwardyanowi, który mu robił pewne uwagi, dotyczące dawa­nia jałmużny, odpowiedział: Mój ojcze, przez miłość dla Boga wspomagam tych, którzy się zgłaszają do furty; kto mię upewni, że pomiędzy odchodzącymi bez opatrzenia, nie znajduje się sam Pan Jezus? Innemu bratu rzekł Ufajmy Bogu, że  nam nie zbraknie chleba, jeśli biednych będziemy wspoma­gali. Każdą okruszyną otwieramy sobie dwoje drzwi, któremi jałmużna do nas powraca. Przeło­żony w Yillareal  musiał z powodu wielkiej  jego szczodrobliwości    wyznaczyć  mu pewne czasy na wspomaganie ubogich. Z początku Paschalis ściśle tego przestrzegał,   lecz wkrótce tak ciężko mu było puszczać z niczem  zgłaszających się do furty, że na wszystko prosił  gwardyana, aby go zwolnił  z zakazu, aż tenże ulegając  wytrwałej i usilnej prośbie, odrzekł: Idź z Bogiem bracie i da­waj wszystko, co jest w domu i w jakiej chcesz godzinie. Nikt nie odszedł od niego bez słowa otuchy lub zachęty. Kto szukał u niego rady, mógł być pewien jak najserdeczniejszego zainteresowania się. Z cieszącymi i on się cieszył, z dotkniętymi nie­szczęściem płakał i odczuwał ich cierpienia jak swoje własne. Dwóch braci, spostrzegło go raz wracającego od furty i usiłującego twarz swą od­wrócić w stronę przeciwną. Patrz, zawołał jeden, Paschalis płacze. Nic dziwnego, odpowiedział drugi, z pewnością był u furty jaki nieszczęśliwy, który mu się wywnętrzył ze swych utrapień. - Miał on szczególny dar kojenia cierpiących i już sama z nim rozmowa przynosiła im ulgę.   Margrabia Nawarry, hrabia Almenara, człowiek żyjący bardzo po świa­towemu, znalazł raz sposobność mówienia z na­szym ubogim braciszkiem i od owego czasu prawie co wieczór przychodził do klasztoru,   aby w jego towarzystwie odświeżyć się na duszy, znaleść mę­stwo do odmiany postępowania i zachęcić się do wierniejszego służenia Panu Bogu. Miał to uczu­cie,  jakoby jakieś dziwnie subtelne światło   promieniowało od świętego   zakonnika, okalało  jego oblicze i przenikając do   duszy z nim   rozmawia­jącego, dawało jej poznanie rzeczy Bożych. Nadprzyrodzona cnota miłości w tym mężu ubłogosławionym podobną była do słonecznego promienia, który można rozłożyć na siedem barw tęczowych i potem skupić ponownie w jedno świa­tło białe. Tak i miłość prawdziwa wszelkie z sie­bie wydaje cnoty, które znowu się w niej łączą, aby życiem na miłości opartem, śpiewać Bogu hymn .chwały i uwielbienia.      

 

                                                                          Rozdział XIV Godziny Utrapienia

            Nagrodą miłości jest cierpienie. Doznał tego Paschalis w sposób nadobfity i to nawet tam, gdzieby się najmniej należało spodziewać, to jest w murach klasztornych. Niewiele co prawda pisarze jego żywota podają nam o tem wiadomości, czy­niąc zastrzeżenie, że pragną się ograniczyć jedynie do kilku szczegółów. Znaną jest powszechnie wielka gotowość sługi Bożego do spełnienia wszystkich dawanych mu poleceń; dla tego trudno sobie wytłumaczyć, pewnej doń niechęci kilku przełożonych, którzy w ostry sposób karcili go przy ladajakiej sposob­ności, niezbyt się przytem licząc z wyrażeniami. Nazywali go obłudnikiem, świętoszkiem, który pragnie innych wprowadzić w błąd udaną poboż­nością, gdy w istocie jest człowiekiem zmysłowym. Przełożony klasztoru w Walencyi niezasłużonem upomnieniem, danem publicznie słudze Bożemu, sprawił przykrość całemu zgromadzeniu, które miało wielki szacunek dla brata Paschalisa. Po­korny zakonnik, klęcząc z oczyma spuszczonemi,. przyjął w milczeniu gorzkie wyrazy i nie prędzej powstał, aż mu kazano. W tejże chwili ktoś za­dzwonił i należało udać się do furty. Brat Jan widząc, że Paschalis szybko wychodzi, przypisał to oburzeniu na niesprawiedliwe strofowanie i po­dążył za towarzyszem, aby go zachęcić do cierp­liwości. Jakież było jego zdumienie, gdy znalazł sługę Bożego z wyrazem twarzy najzupełniej spo­kojnym i uśmiechniętym, nie rozumiejącego powodu do owej szczególnej zachęty. Przecież otrzymałeś niezasłużoną naganę i musiało cię to zapewne podrażnić, brat Jan mu odpowiedział. Bynajmniej, rzecze Paschalis, przyjąłem bowiem słowa przeło­żonego, jakby słowa Ducha św. i żadnej stąd nie doznałem przykrości. Innym razem zmuszony był jeszcze ostrzejszą przyjąć naganę. Wypadło mu  ręki naczynie z oliwą i potłukło się na kawałki. Ze skorupami u szyi zawieszonemi wyznał on swą winę, a prze­łożony dał przy tej sposobności wolny upust po­drażnieniu: obsypał go różnego rodzaju przezwi­skami i nazwał próżniakiem i człowiekiem lekko­myślnym. Gdy potem jeden z braci pragnąc go pocieszyć, wyraził zdanie, że przełożony przekro­czył wszelką miarę, przerwał mu Paschalis i za­wołał: Cicho bracie, cicho! Wszystkie jego słowa są dla mnie słowami Ducha św. - Coś podobnego przydarzyło się mu także w klasztorze Yillena. Brat kwestarz napadł nań w ostry sposób, że z takim trudem zebraną przezeń jałmużną lekko­myślnie rozprasza pomiędzy ubogich. Paschalis nietylko żadnym wyrazem, ale nawet poruszeniem twarzy nie okazał najmniejszego nieukontentowania, i w ogólności nikt nigdy nie zauważył w nim śladu niechęci z powodu przykrości mu wyrzą­dzanych. Prowincyał ojciec Pedro, który po ojcowsku miłował naszego świętego, wiedział dobrze, że nie­którzy przełożeni niesprawiedliwie postępują z po­kornym braciszkiem. Zadał mu przeto następujące pytanie: Bracie Paschalisie, czy nie byłoby lepiej, abyś zażądał przeniesienia cię do innego klasztoru, ponieważ nie jest ci tu dobrze? Paschalis zrozu­miał, o co chodziło prowincyałowi, lecz odparł natychmiast: Nie, mój ojcze, nigdy bowiem nie potrafiłbym usprawiedliwić podobnej prośby. Prze­konałem się zresztą, że po mniej dobrym gwardyanie zawsze następuje lepszy, jeśli tę rzecz po­zostawiamy do załatwienia zwierzchnikom. Z dru­giej strony doświadczyłem także, że kto wybiera sobie przełożonych według własnego upodobania, trafia z deszczu pod rynnę.- Tak więc o spiżowa tarczę bohaterskiej cierpliwości sługi Bożego roz­bijały się wszelkie strzały ludzkich małostek i nie­chęci, a oko jego, jak i serce zawsze pozostawało jasne i dobrotliwe. Do utrapień powyższych dołączyły się cier­pienia innego rodzaju, które wprawdzie na jego stan duchowy żadnego nie wywierały wpływu, ale za to nader były dotkliwe dla ciała. Pan Bóg dla niezbadanych swoich wyroków, a niewątpliwie i dla pomnożenia zasługi świętych dopuszcza niekiedy duchom ciemności trapić ich cieleśnie. Współczesny Paschalisowi O. Ximenez i wielu innych ojców przysięgą stwierdzili, że przez pewien czas złe duchy ani we dnie ani w nocy nie przestawały dokuczać mu i dotkliwie go dręczyć. Zwłaszcza noce były dlań niezmiernie przykre i jak mówi najpierwszy pisarz żywota świętego Paschalisa, bra­cia w sąsiednich celach mieszkający mieli częstą spo­sobność słyszenia w jego mieszkanku takich hałasów i takiego trzasku, jakby kto w dzikiej zapalczywości rozbijał jedne sprzęty o drugie. Niektórzy z braci składali zaprzysiężone świadectwo, że w celi Pas­chalisa taką częstokroć słychać było wrzawę, jakby w niej całe pułki maszerowały, a on sam niekiedy .głośnym krzykiem zdradzał wielką trwogę, której doznawał. Gdy raz z powodu takiego wołania brat Józef Cardenete pospieszył doń i zapytał o przyczynę, wystraszony Paschalis odrzekł: Ach mój bracie, gdybyś widział owe okropne tłumy, które tędy przechodziły, zląkłbyś się niezmiernie. Kiedy indziej podobnąż dał odpowiedź. Nigdy jed­nak nie można było wydostać odeń zeznania, do jakiego rodzaju należały walki przezeń staczane z mocami piekielnemi. Czasami tylko zaufanym braciom dał coś niecoś do zrozumienia. Tak Np. zwierzył się jednemu z nich, że kilkakroć zły duch przedstawił mu się w postaci Ukrzyżowanego. Gdy leżał chory w klasztorze w Walencyi, pokazał mu się ponownie dyabeł w takiejże postaci, cały oblany krwią i pokryty ranami; lecz mąż Boży przez wewnętrzne natchnienie poznał natychmiast wilka w owczej skórze i ze wstrętem odwrócił się od widziadła. Niekiedy spostrzegał biesa bie­gającego po korytarzach z płonącą pochodnią, jak gdyby chciał klasztor podpalić. Wiedział jednak Paschalis, że bez dopuszczenia Bożego czart nic ludziom uczynić nie może, stąd nie uważał w ta­kich chwilach za stosowne budzić brać zakonną. Swemu przyjacielowi i zarazem spowiednikowi o. Jakóbowi Moralesowi wyznał, że udręczenia złego ducha najbardziej mu dokuczały wówczas, gdy chciał rozważać męką Pańską, i tylko znakiem krzyża św. zwyciężał je skutecznie. Długie lata owych nagabywań czartowskich znane są zaledwie z niektórych wynurzeń sługi Bożego, co zresztą nie może dać dostatecznego pojęcia o tem, jakie ponosić musiał udręczenia. On sam nie lubił o nich mówić, wolał cierpieć w milczeniu; przyjmował dopust Boży i błagał o siłę do zwyciężania przeciwności              

 

Rozdział XV Dar umiejętności

            Pan Bóg niezbadany w swej mądrości i w spra­wach swoich, częstokroć „wybiera głupstwa świata, aby zawstydził mądre, a mdłe świata wybiera, aby zawstydził mocne; i podłe świata i wzgardzone wybiera i te, których niemasz, aby zniszczył te, które są; aby się żaden człowiek przed oczyma jego nie chlubił, ale... aby, jako jest napisano: kto się chlubi, w Panu się chlubił" (1 Kor. 1. 27). Rzadko na kim spełniły się tak dokładnie słowa powyższe, jak na Paschalisie, prostym pasterzu owiec, którego jedyną nauczycielką była samotność pastwisk, którego całą naukę stanowiła jaka taka znajomość czytania i pisania. Powoli jednak oka­zywało się, że ten pokorny braciszek wybornym był znawcą najpodnioślejszej ze wszystkich umie­jętności, to jest teologii, czyli nauki o Bogu i o rzeczach Bożych; że o nich umiał mówić tak jasno i z takiem zrozumieniem, jakby długie lata poświęcał się studyom teologicznym. Zwłaszcza ostatnie lata życia opromieniała jego osobę sława nadprzyrodzonej znajomości najgłębszych prawd religijnych. Z początku uczeni i doświadczeni mężowie mogli mieć pewne wątpliwości w tym względzie i z wielką ostrożnością przyjmowali, cokolwiek o tem podawano. Starali się też nie­jednokrotnie wyświetlić, czy w samej rzeczy bratPaschalis posiada ów dar umiejętności, której nie mógł nabyć w żadnej szkole, ponieważ do niej nie uczęszczał. Prowadzili z nim długie dysputy o naj­trudniejszych zagadnieniach religijnych, stawiali mu bardzo subtelne zarzuty. On jednak na wszystko odpowiadał z prostotą i łatwością, każdy zarzut umiał skutecznie odeprzeć, a ci, którzy go w ten sposób wystawiali na próbę, zmuszeni byli w końcu wyznać, że jakkolwiek w rozmowach na tematy filozoficzno-teologiczne nie posługiwał się wyraże­niami używanemi przez ludzi uczonych i jakkol­wiek tłumaczył się mową potoczną i popularną, przecież zupełnie panował nad przedmiotem i umiał odróżnić prawdę od fałszu i od błędnego rozumo­wania. Wszyscy też, którzy z nim obcowali, twier­dzili z całem przekonaniem, że brat Paschalis miał od Ducha św. wlaną znajomość rzeczy Bożych. Nawet kaznodzieje udawali się do niego, aby za­czerpnąć światła w przedmiocie, o którym zamie­rzali mówić na kazalnicy. Gdy jednemu z nich, ojcu Piotrowi Herrera, doskonale rozwinął temat kazalny, tenże odpowiedział: Chętniebym poszedł za twem wskazaniem, mój bracie, ale daj mi także nieco z twego ognia. Pokorny furtyan rzekł na to: Bądź pewny, ojcze, że Pan udzieli ci ducha i świętego zapału. Ów dar umiejętności otrzymał Paschalis w na­grodę za wytrwałą i gorącą modlitwę, którą często przyoblekał w następujące wyrazy: Stwórco wszechrzeczy, Nieskończona Mądrości, Boże, któryś swą niewymowną potęgą osadził góry i pagórki, któ­ryś ziemię utwierdził wszechmocą swoją, naucz mię dróg Twoich. Odejmij odemnie, Panie, ciężar cielesnego brzemienia, który z sobą noszę, abym poznał, jak cudownym w dziełach Twoich jesteś. Tyś Światłem najwyższem, ponad wszystko jaśniejącem na świętych wyżynach wieczności, i przed obliczem Twojem wszystko było jawne wprzód, zanim się stało. Niektórzy pisarze żywota naszego świętego wspominają, że Paschalis pozostawił po sobie pi­śmienne prace, dotyczące niektórych działów nauki teologicznej. Nie należy tego jednak rozumieć, jakoby pokorny braciszek św. Franciszka należał do rzędu uczonych, którzy czy z powołania czy z wewnętrz­nej skłonności brali pióro do ręki, aby tworzyć rzeczy samodzielne i zasłynąć na niwie literackiej. Wszystko, co po nim zostało, zawiera się w dwóch obszernych rękopisach, będących kopią sporzą­dzoną po jego śmierci z zaginionych oryginałów. Nie były one ogłoszone drukiem w całości, lecz w wyjątkach, pomieszczanych w obszerniejszych życiorysach Paschalisa. Jeden z owych rękopisów rozpoczyna się tak: W imię Trójcy Przenajświęt­szej, Ojca, Syna i Ducha Świętego, trzech osób i jedynego Boga, Stwórcy wszystkich rzeczy wi­dzialnych i niewidzialnych, któremu cześć i pano­wanie niech będzie na wieki. Amen. Ja brat Pas­chalis, urodzony w Torrehermosa, napisałem to celem mojego duchowego pokrzepienia, co z wielu książek zebrałem. - Stąd widać, jaki był zamiar świętego, mianowicie z dzieł przezeń czytanych robić wyciągi, aby przez częstsze nad tem rozmy­ślanie, przypominać sobie ku własnemu zbudowa­niu to, co go więcej uderzyło i co go mogło bar­dziej pobudzić do cnoty i pobożności. Sporo takich wyjątków poczynił z pism św. Grzegorza Nazyazeńskiego, św. Jana Chryzostoma i św. Bonawentury. Widać z nich jego wielkie zamiłowanie ubóstwa, modlitwy, życia duchowego, w czem znowu za przewodników obrał znakomitych mistrzów swojej ojczyzny, mianowicie świętych: Teresą, Ludwika z Grenady i Jana od Krzyża. Zanotował sobie także mnóstwo aktów strzelistych, które powypi­sywał głównie z Pisma św. Nadto pomieszczał dużo myśli o N. Sakramencie, tajemnicach wiary dotyczących życia Jezusowego i o N. Maryi Pannie. Jakkolwiek tedy pisma jego pozbawione są samodzielności w opracowaniu i, jako przeznaczone do własnego prywatnego użytku, nie mogą mu zapewnić poczesnego miejsca pomiędzy wielkimi autorami duchownymi Hiszpanii 16-go wieku, to przecież sama osobistość pokornego braciszka taką jaśnieje znajomością głębokich prawd wiary i dróg prowadzących do świętości, iż go słusznie można umieścić w szeregu najznakomitszych ówczesnych przedstawicieli tak zwanego życia mistycznego, opartego na bezpośredniem prowadzeniu duszy przez Boga za pomocą osobnych dróg i sposobów, nie­dostępnych zwyczajnej doskonałości chrześcijań­skiej

 

Rozdział XVI Inne dary Ducha Świętego

                Pan Bóg w dobroci swojej obdarzył pokor­nego brata Paschalisa nie tylko darem umiejętności, ale i innemi wielkiemi łaskami, a to w nagrodę za jego niezwykłe cnoty i całkowite oddanie się Stwórcy swojemu. To co tu opowiemy, prawie wyłącznie jest oparte na zeznaniach świadków naocznych, którzy przysięgą stwierdzili, że sługa Boży posiadał dar proroctwa, dar znajomości ta­jemnic serca ludzkiego, dar cudownego uzdrawia­nia niemocy cielesnych, a przede wszystkiem dar uśmierzania niewielu słowy mściwych i złością płonących umysłów i podbijania ich pod słodkie jarzmo miłości chrześcijańskiej. Dar proroctwa najbardziej uwidocznił się w Paschalisie w ostatnich dwóch latach jego życia. Wspomnimy tu o przepowiedni, dotyczącej o. Jana Ximenez'a, poniekąd ucznia, a później pisarza ży­wota naszego świętego. W październiku 1591 r. ojcowie Reformaci zebrali się w Walencyi na kakapitułę. Paschalis przebywał naówczas w klasz­torze Yillareal, którego gwardyan o. Dyonizy Castellon natychmiast po swem przybyciu do klasz­toru, gdzie się miały odbywać obrady, udał się do celi o. Jana i pozdrowił go jako przyszłego prowincyała. Ojciec Ximenez nie miał jeszcze 32 lat i nie myślał o takiej godności, a rzecz całą przyjął za żart ze strony przyjaciela. Atoli o. Dyonizy trwał przy swem zdaniu przydając i to, że jemu samemu dostanie się urząd definitora prowincyi i mi­strza nowicyuszów, ponieważ tak go zapewnił na odjezdnem brat Paschalis. Obadwaj ojcowie zresztą, nikomu się nie zwierzyli z tem, co było przedmio­tem ich rozmowy, lecz sami niemało się zadziwili, gdy po czterech dniach wszyscy uczestnicy kapi­tuły jednozgodnie obrali Jana na prowincyała, a Dyonizego na definitora i razem na mistrza nowicyuszów, jakkolwiek dotąd nikt obu pomienionych urzędów razem nie piastował. Jeden ze współbraci zakonnych Paschalisa, Piotr Pastor, otrzymał od przełożonych pozwolenie udania się do rodziców i pozałatwiania tam dosyć przykrych spraw domowych. W drodze powrotnej wstąpił do Yillena, gdzie sługa Boży naówczas przebywał, i bardzo się zdumiał, gdy .tenże wy­jawił wszystko, co Piotr dotąd uczynił, i gdy mu podał odpowiednie sposoby celem ostatecznego uregulowania kłopotów rodzinnych. Młody człowiek w Yillareal, lubiany przez świętego, zasmakował zbytnio w grze i żadne upomnienia Paschalisa nie mogły go odwieść od zgubnego nałogu. Wreszcie po wyczerpaniu wszel­kich sposobów rzekł mąż Boży do niego: „Chcesz, graj sobie, ale odtąd nigdy nie wygrasz". Tak się w samej rzeczy stało. Dopiero wówczas lek­komyślnemu młodzieńcowi otworzyły się oczy i nastąpiła poprawa. - Pewnej kobiecie,, strapionej chorobą męża opuszczonego od lekarzy, przepo­wiedział, że wprawdzie niemoc potrwa długo, ale że w końcu zdrowie powróci, co się istotnie speł­niło. - Jeden z przyjaciół zakonnych, Jan Fuentes zwierzył się Paschalisowi, że ma sąsiada, który nie lubi Franciszkanów i unika wszelkich z nimi stosunków. Na to święty: „Przyjdzie czas, że ten człowiek stanie się ich najżyczliwszym przyja­cielem". Tenże Fuentes zeznał, że nieco później zakonnicy w Elche nie mieli większego dobroczyńcy nad owego człowieka. — Chora niewiasta prosiła sługę Bożego o modlitwy, aby jej Pan Bóg zdro­wie przywrócił, na co usłyszała odpowiedź: „Siostro, prośba twoja nie jest dobra, mów lepiej tak: Panie, jeśli chcesz, zabierz mię z tego świata. Niech się stanie wola Twoja". Gdy jednak trwała przy swojem, nagle jakby od Ducha św. natchniony rzekł: „Gotuj się siostro, niedługo oboje wielką mamy przedsięwziąć podróż". Już następnego poniedziałku zmarła niewiasta, a w najbliższą po­tem niedzielę Paschalis. Mąż nieboszczki pod przysięgą zeznał prawdziwość owego zdarzenia.— W klasztorze Yillareal zapadł na zdrowie wyborny kaznodzieja, ojciec Piotr Cabrellas. Przyszedł tedy do brata Paschalisa i polecił się jego modlitwom, aby cierpienie minęło. „Uczynię, mój ojcze, jak żądasz", odpowiedział sługa Boży, „lecz jaki bę­dzie z tego pożytek?" Dało to do myślenia ojcu Piotrowi, prosił więc gwardyana, aby zapytał Paschalisa, co myśli o jego chorobie. Przełożony więc pod posłuszeństwem nakazał świętemu ob­jawić, jaki będzie jej przebieg. „Kochany bracie, rzekł Paschalis do chorego, Pan Bóg chce, żebyś umarł i żebyś już nie słowami kazywał, lecz przy­kładem. Jeszcze tylko kilka miesięcy życia ci po­zostaje, poleć się zatem Bogu i zdobywaj na cierpliwość!" W cztery miesiące potem ojciec Cabrellas oddał Bogu ducha.—W Yillena mieszkał bardzo życzliwy klasztorowi aptekarz, który za­konnikom bezpłatnie dostarczał lekarstw. Gdy pewnego razu bracia z wdzięcznością wspomnieli o tym dobroczyńcy, Paschalis przydał: „Pan Bóg mu to obficie wynagrodzi, da mu bowiem syna, który będzie bardzo pobożnym członkiem naszego serafickiego zakonu". Tak się stało, a owym za­konnikiem był ojciec Kacper Yalero, znany w kro­nikach ze swojej wielkiej cnoty i nauki. Podobnie cudownym był w naszym świętym dar czytania w najskrytszych tajnikach serc ludz­kich. Niewiasta Katarzyna Torres przyszła raz do furty klasztornej i oznamiła, że pragnie się roz­mówić ze spowiednikiem, ale nie powiedziała, dla czego. Na to brat Paschalis, który był naówczas furtyanem: „Z pewnością przyszłaś tu z powodu twej choroby (tu nazwał jej rodzaj), która cię drę­czy". Niewiasta zaprzeczyła, lecz pomimo tego sługa Boży, trwając przy swojem zdaniu, pocieszył ją, aby się nie trapiła, ale cierpliwie znosiła do­legliwości, bo one jej otwierają drogę do nieba. Widząc, że święty czyta w jej sercu, wywnętrzyła się przed nim ze wszystkiego, co jej dokuczało i otrzymała odeń przyrzeczenie, że jeżeli ją na tamten świat poprzedzi, nie zapomni o niej przed Bogiem. Pewnego razu sługa Boży zmuszony był to­warzyszyć jednemu z ojców w gościnę do jakiegoś dobrodzieja klasztoru. Gdy siedzieli przy stole, Pan Bóg objawił świętemu, że ich gospodarz nie jest w stanie łaski. Od owej chwili Paschalis nie mógł sobie znaleść spokoju. Ze serdecznem więc współczuciem zwrócił się do niego i prosił go usil­nie, aby się zaraz wyspowiadał, gdy ma tak dobrą sposobność. Pan ów jednak ograniczył się na obietnicy, że uczyni to w nadchodzącą niedzielę. Paschalis milczał, lecz po chwili powtórzył swą prośbę w słowach bardziej stanowczych. Gospo­darz znowu się począł wymawiać i nawet zakon­nik, któremu towarzyszył sługa Boży, uważał na­tarczywość brata za niestosowną. Gdy jednakże święty po raz trzeci ponowił swe nalegania, przy­jacielowi zakonników przyszła myśl, że widocznie Paschalis przejrzał stan jego duszy; poszedł więc za radą męża Bożego, wyspowiadał się zaraz i na­stępnie wyznał także przed bratem Paschalisem, że istotnie w ostatnich dniach miał nieszczęście po­pełnić grzech śmiertelny. Kiedy indziej pewien dobroczyńca klasztoru zawiązał grzeszną znajomość z jakąś niewiastą, której rodzice dowiedziawszy się o tem, wynajęli w tajemnicy kilku zbirów, aby ci, podczas schadzki winowajców, napadli na gacha i zasztyletowali go. Po południu i wieczorem owego dnia, w którym miało być spełnione morderstwo, zauważono w Paschalisie niezwykły jakiś niepokój. Święty modlił się bardziej niż innych dni, a Pan Bóg dał mu w duchu oglądać wszystkie przygotowania do skry­tobójstwa człowieka, wielce skądinąd względem za­konników zasłużonego. Paschalis widział następ­nie, jak ów nieszczęsny pod osłoną zapadającego zmierzchu opuścił swoje mieszkanie i pospieszył do wspólniczki grzechu. Sługa Boży drżąc na myśl morderstwa i wiecznego potępienia jego duszy, począł się gorąco modlić o ratunek dla nieszczę­śliwego. Prośba znalazła wysłuchanie u Boga.. Ody ów człowiek zbliżał się. do miejsca swej zaguby, usłyszał łagodny jakby \v oddaleniu dźwięk dzwonka. Im dalej szedł, tym bardziej ów dźwięk przybliżał się do niego. Droga była pusta i jak­kolwiek księżyc przyświecał na niebie, nikogo na okolice, nie było można zauważyć. Szedł więc da­lej, a tymczasem niedostrzegalny dzwonek tak bli­sko się, już znajdował, że dźwięk jego słychać było tuż za plecami. Zadrgnął wówczas z powodu owego, jak zrozumiał, niewidzialnego ostrzeżenia, ujął natychmiast w swe ręce różaniec, który miał przy sobie, począł się gorliwie modlić i powrócił do domu. Na drugi dzień spotkała go owa nie­wiasta i oznajmiła, że skrytobójcy uczynili byli nań zasadzkę, którą szczęśliwie udaremnił, ponieważ się nie pokazał. Słysząc to, ów człowiek natych­miast udał się. do klasztoru, gdzie Paschalis otwie­rając furtę rzekł do niego: Chwała Bogu, żeś przy­szedł, ponieważ od dłuższego czasu pragnąłem z Tobą pomówić o pewnej ważnej sprawie. Wczo­raj wiele z twego powodu wycierpiałem, a zwłasz­cza wieczorem. Następnie opowiedział mu szcze­góły wczorajszej zasadzki, przedstawił niebezpie­czeństwo, jakie wisiało nad głową grzesznika, i gorącem! słowy nakłonił do porzucenia grzechu i poprawy życia. Słowa Zbawiciela: Błogosławieni cisi, albo­wiem oni posiądą ziemię, jakby dosłownie spełniły się na naszym świętym. Ludzie, którzy latami trwali w nienawiści i pałali pragnieniem zemsty, którzy odrzucali wszelką myśl pojednania się. z prze­ciwnikiem, pod wpływem serdecznego upomnienia z ust Paschalisa stawali się jakby całkowicie od­mienionymi. Marcin Crespo, obywatel z Monforte, zaprzysiągł krwawą zemstę zabójcy swego ojca. Straszny zamiar młodzieńca doszedł do powszech­nej wiadomości, a ponieważ spodziewano się, że go spełni przy najpierwszej okazyi, całe miasto poczytało sobie za powinność odwieść zaciętego człowieka od zbrodniczego postanowienia. Znakomitsi współobywatele przedstawiali mu, jakie będą następstwa nieszczęsnej zemsty; duchowni powoływali się na chrześcijański obowiązek miło­wania nieprzyjaciół i na wzór, jaki nam pod tym względem Zbawiciel zostawił na krzyżu; nawet własna matka i brat Marcina rzucili mu się do stóp i błagali ze łzami, aby zaniechał zemsty i nie spro­wadzał na nich nowego nieszczęścia. Napróżno; serce jego pozostało twarde jak skała, której w ża­den sposób nie można było zmiękczyć. W wielki piątek zaprowadzono go do kościoła i tam kapłani zaprzysięgli go na krew i śmierć Zbawiciela, aby darował nieprzyjacielowi, ale bezskutecznie. Wów­czas przystąpił doń pokorny Paschalis, objął go rękoma i rzekł dobrotliwie: „Bracie, wspomnij na mękę Pana naszego Jezusa Chrystusa i daruj dla miłości Boga". Słowa jego brzmiały jak wyrażenie głębokiej troski. Lecz oto, jak wosk topnieje pod działaniem gorących promieni słonecznych, tak sto­pniała wszystka złość i zaciętość Marcina na mowę sługi Bożego. „Dobrze bracie, przydał ten ostatni, spiszmy na papierze pojednawczą umowę", l tak się stało, a jaka radość ogarnęła wszystkich, ła­two sobie wyobrazić. Jakkolwiek młody człowiek miał potem niejednokrotną sposobność wywarcia swej zemsty na dawnym nieprzyjacielu, jednakże nigdy z niej nie skorzystał i odtąd odmienił się całkowicie. Przełożony klasztoru na górze św. Anny pod Jumilla polecił jednemu z ojców, aby w towarzy­stwie Paschalisa udał się do pewnego człowieka, przez kogoś bardzo dotkliwie obrażonego, i starał się go ułagodzić. Ów jednak człowiek niechętnie przyjął upomnienie, a nawet w swej zapalczywości o mało się nie targnął na zakonnika, coś mu atoli przeszkodziło i odwróciło jego uwagę w inną stronę. Skorzystał z tej okoliczności Paschalis i rzekł tylko tyle: „Bracie, przebacz dla miłości Boga". To wystarczyło zupełnie i towarzysz świę­tego z niewymownem zdziwieniem usłyszał odpo­wiedź: „Dobrze, przebaczam dla miłości Boga i niech się tak stanie, jako sobie życzysz". Do innego obywatela z Yillareal, który po­dobnie w żaden sposób nie chciał dać się nakło­nić do darowania urazy, pokorny brat odezwał się ledwie kilku słowy i to całkiem wystarczyło, aby uśmierzyć niechęci. Obywatel ów wyznał później pod przysięgą, że niepodobną było dlań rzeczą nie poddać się upomnieniu Paschalisa. W Walencyi święty zdołał nakłonić zatwar­działego grzesznika do spowiedzi i poprawy życia; nawrócony zwykł potem mawiać o bracie Paschalisie: „Ten zakonnik nie jest człowiekiem, lecz aniołem". Powszechnie znaną rzeczą był w mężu bo­żym dar czynienia cudów, przez pokorę krył się jednak z nim troskliwie, o ile miłość bliźniego nie kazała mu go ujawnić. Niepodobna tu przytaczać wszystkich faktów, świadczących o współczuciu brata Paschalisa względem cierpiących, ograniczyć się więc musimy do wzmianki o niektórych tylko cudownych jego sprawach. O. Jan Lopes z powodu ustawicznego bólu zębów nie miał spokoju ani dniem ani nocą i nie mógł uczęszczać do chóru na wspólne odmawianie pacierzy kapłańskich. Przezwyciężył się jednak w uroczystość Wniebowzięcia N. M. Panny i po­szedł o północy na jutrznię. Gdy po skończonej modlitwie zakonnicy udali się na spoczynek, a Paschalis według swego zwyczaju rozpoczął pobożne czuwanie przed N. Sakramentem, cierpiący O. Jan zbliżył się do niego i począł błagać o wstawien­nictwo do Matki Bożej, aby przynajmniej na to święto mógł być wolnym od ciężkiej dolegliwości. „Bądź spokojny, odpowiedział święty, dzisiaj zęby nie będą ci dokuczały". Bóle ustały natychmiast, lecz z uderzeniem dwunastej godziny następnej nocy odżyły z taką gwałtownością, że biedny oj­ciec biegał jak szalony po krużgankach klasztor­nych. Niektórzy z braci wyszli ze swych celek, a jeden z nich poradził choremu, aby uprosił Pas­chalisa o uczynienie znaku krzyża nad sobą. Oj­ciec Jan pomny na to, co się stało nocy uprzed­niej, ze łzami począł błagać świętego o pomoc. Atoli pokorny braciszek nie uważał za stosowne błogosławić kapłana i wzbraniał się spełnić jego żądanie. Gdy jednak cierpiący zakonnik z wiel­kiego bólu rzucił się na kolana i ponowił swe prośby, święty polecił mu, aby sam uczynił znak krzyża na sobie. W tejże chwili ból zniknął cał­kowicie. Synek pewnej niewiasty w Yillareal tak nie­szczęśliwie spadł ze schodów, że rozbił głowę o fi­lar i utracił przytomność. W czaszce okazała się rana i lekarze orzekli potrzebę operacyi. Stroskana matka, w obawie przed mężem, udała się do świętego z prośbą, aby wyjednał dziecku u Boga prze­dłużenie życia chociaż na rok jeden. Na to Paschalis: „Ponieważ nie prosisz o długi żywot syna i zdajesz się w tem na wolą Bożą, a pragniesz uchylić niesłuszne wyrzuty męża, ufaj Panu, ja zaś wesprę twą prośbę u Boga". Wkrótce potem dziecko odżyło na ręku matki, a puszczone na ziemię, całkowicie zdrowe, poczęło bawić się piłką, Stało się to 9-go kwietnia. W rok później tego samego dnia chłopczyk lekko zachorował i pod wieczór rozstał się z życiem ku wielkiemu osłu­pieniu obecnych. Matka przypomniała sobie prośbą zaniesioną do męża Bożego i dopiero teraz wy­znała rzecz całą przed swym małżonkiem. W ogólności nie było nikogo z obciążonych czy cielesną niemocą czy utrapieniem duchowem, ażeby uciekając się do naszego świętego, nie do­znał odeń żądanej pomocy. Ślepi, chromi, suchotnicy, lub jakąkolwiek inną dotknięci chorobą, nawet tacy, którzy już blizcy byli śmierci, przychodzili do zdrowia przez modlitwę i przeżegnanie Paschalisa. Mnóstwo tego rodzaju cudów zostało zaprzysię­żonych w procesie, a znalibyśmy ich daleko więcej, gdyby nie pokora bogobojnego brata, który ile mógł, ukrywał sprawy Pańskie, dokonywane przez jego pośrednictwo, aby uniknąć rozgłosu i pochwal ludzkich.

 

Rozdział XVII Do nieba

            Zbliżyła się dla Paschalisa godzina wyzwo­lenia z tego łez padołu. Jak świadczą wszystkie jego wyrażenia z przed czasu ostatniej choroby, wiedział nasz święty z objawienia Bożego, że już dlań wkrótce nastanie wiosna wiecznego wesela i dla tego, zmęczony doczesnem pielgrzymowaniem, ochoczo wybierał się do niebieskiej ojczyzny. Po raz tedy pierwszy w swem życiu zwrócił się z prośbą do swego zakonnego współbrata, Alonso Camacho, aby mu umył nogi, przydając: „Bardzo możebna, że zachoruję i będę potrzebo­wał przyjąć Ostatnie Namaszczenie, dla tego bła­gam cię o tę braterską usługę". Niedzielę poprze­dzającą Zielone Świątki 1592 r. przepędził w nie­zwykłej radości i pogodzie ducha. Po południu udał się do niektórych przyjaciół w mieście, po­dziękował im za wszystko dobre, jakiego doznał od nich kiedykolwiek, i pożegnał się z nimi, jak gdyby wybierał się w daleką podróż. Pod wie­czór dostał mocnej gorączki i silnego kłucia w boku, lecz nikomu o tem narazie nie wspomniał. W nocy choroba się spotęgowała, a wczesnym rankiem ogarnęła go taka niemoc, że mu zabrakło siły do otworzenia drzwi kościelnych, jak to zwykł był robić codziennie. Jeden z braci zakonnych w trwo-żliwem przeczuciu udał się do jego celi. Paschalis wręczył mu klucze od świątyni i prosił, aby po­wiadomiono gwardyana o jego stanie. Natychmiast wezwany lekarz polecił przenieść chorego z ubo­giej i ciasnej celki do obszerniejszej infirmeryi i święty pomimo szczerej chęci pozostawania w ha­bicie, musiał go zamienić na płócienną bieliznę, a pod głowę dać sobie podłożyć miękką poduszkę. Tymczasem gorączka wzmagała się z dnia na dzień, oddychanie szło coraz trudniej, a mówie­nie kosztowało nadmiernych wysiłków. Leżenie jeszcze bardziej potęgowało jego cierpienia; nigdy jednak nie prosił, aby go przełożono z jednego . boku na drugi i w najsilniejszej nawet gorączce nie żądał orzeźwiającego napoju, wyjąwszy ostatnią noc swego życia. Spokojny i nieporuszony leżał na łożu boleści, bez najmniejszej skargi ani westch­nienia, a lekarz w żaden sposób nie mógł pojąć, jak święty w swoich nader dotkliwych bólach zdołał wytrwać bez zmiany postawy i bez życzenia choćby jakiejkolwiek ulgi. Ojciec Dyonizy Castellon, bardzo oddany Paschalisowi, w samych początkach choroby miał się udać z Yillareal do Walencyi, przyszedł tedy do jego łoża, aby się z nim pożegnać. Na to święty: „Nie idź ojcze, bo to dla ciebie niemożebna". Lecz ponieważ sprawy były ważne, zakonnik sądził, że nie godzi mu się odkładać podróży. Zanim atoli opuścił klasztorne mury, napadł go gwałtowny atak kurczowy i musiano go zanieść do celi. Na drugi dzień wprawdzie bóle ustały, lecz zrozumiał, iż powinien zostać przy swoim przyjacielu i nie opuszczać go aż do zgonu. Z niektórych wyrażeń świętego otaczający jego śmiertelne łoże poznali, iż wie on o czasie swej śmierci. Po kilkakroć zapewniał, że nie umrze przed sobotą. Gdy lekarz wyraził obawę, że cho­roba może być śmiertelną, Paschalis zapytał: „Jak sądzisz, kiedy zgon nastąpi?" Odpowiedziano mu, że najprawdopodobniej w sobotę, odrzekł: „Nie, nie w sobotę, lecz później, kiedy Bóg zechce." Owszem, święty wiedział dokładnie, kiedy nadej­dzie dlań chwila ostateczna. Gdy na zarządzenie lekarza zdjął habit, nie pozwolił go jednak usunąć sobie z przed oczu i błagał brata Alonso, aby go weń na powrót przyoblókł na godzinę skonania. Nie prosił jednak o to ani w wigilię Zielonych Świątek, ani następnej nocy i dopiero zażądał szaty zakonnej nad ranem w sam dzień uroczysty, ma­jąc bez wątpienia świadomość, że to jest ostatni dzień jego życia. Pogłoska o śmiertelnej niemocy brata Paschalisa obiegła całe miasto i wielu przychodziło, aby go ujrzeć raz ostatni i usłyszeć z ust jego słowo pociechy. Święty jakkolwiek serdecznie pragnął pozostać sam na sam, jednak nikomu nie odmówił słowa pożegnania, upomnienia lub zba­wiennej zachęty. Jednemu ze współbraci, który go zapytał, co ma czynić, aby się zbawił, odrzekł: „Pragnąłbym dłużej z tobą pomówić, lecz w krót­kości powiem ci tyle: Unikaj przyjaźni z niewia­stami i spełniaj co do litery regułę świętego Ojca naszego; jeśli to uczynisz, będziesz bezpieczny." Lekarz przyprowadził swego synka, aby go mąż Boży pobłogosławił. Paschalis położył swą rękę na głowę dziecka, potem uczynił nad niem znak krzyża i wyszepłał: „Ojciec, Syn i Duch św. niechaj cię błogosławi i niech cię uczyni przyjacielem ubogich". Z każdą godziną coraz bardziej pogarszał się stan chorego. W sobotę zażądał świętego Wija-tyku, natychmiast też uczyniono zadosyć jego pra­gnieniu. Z wielką radością mąż Boży przyjął do serca umiłowanego Pana swego, któremu całe życie tak wiernie służył i który był jedynym przed­miotem jego miłości i uweselenia. Jak zawsze do­tąd, tak i w owej uroczystej chwili rozmodlona dusza Paschalisa wołała: „O Panie i Boże mój, Stwórco nieba i ziemi, Królu wszechmocny, któryś mię potężną prawicą stworzył na obraz i podo­bieństwo swoje, cóż ja jestem, że o mnie pamię­tasz? O najlepszy Ojcze, czemże jest człowiek, że go tak wywyższasz i tak go miłością swoją pociągasz do Boskiego Serca swego?" Ostatni już raz posilił się ukrytym pod postacią chleba Ciałem Pana swego, którego miał wkrótce ujrzeć twarzą w twarz w przybytkach niebieskich. Zaświtał na koniec poranek Zielonych Świą­tek. Paschalis poprosił braci zakonnych, aby go przyoblekli w habit, ponieważ w nim chciał umie­rać. Zrozumiano, że już zbliża się ostatnia jego godzina. Brat Alonso dopomógł osłabionemu go­rączką wziąć na się szatę zakonną i ułożył go z powrotem na posłaniu. Od owej chwili Pascha­lis zdawał się już nie należeć do tego świata. Gasnące oczy swoje utkwił w wizerunku ukrzy­żowanego Zbawiciela, a palcami przytrzymywał różaniec, owinięty naokoło obu jego dłoni. Była godzina dziesiąta, gdy zapytał jednego z otaczających, czy już dzwoniono na nabożeń­stwo. Otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, uradował się niezmiernie, a pragnąc naśladować swego seraficznego patryarchę, z dziecięcą prostotą i wielką pokorą jął błagać współbraci, aby go położyli na posadzce i tak pozwolili mu umrzeć. Gwardyan jednakże nie uważał za stosowne przychylić się do żądania konającego i Paschalis, pomny na ślub posłuszeństwa, poddał się chętnie jego zarządzeniu. Zakonnicy w cichem oczekiwaniu spodziewali się lada chwila końca doczesnej pielgrzymki umi­łowanego przyjaciela. Jeszcze jedna walka cze­kała sługę Bożego. Nieprzyjaciel zbawienia ostatni do duszy jego szturm przypuścił, pragnąc mu wy­drzeć gotową dlań koronę niebieską. Atoli święty, zebrawszy resztkę sił, zdobył się na głośne woła­nie o pomoc Maryi: „Najświętsza Matko miłosier­dzia, Dziewico najczystsza, Matko Boża, Królowa nieba i ziemi, dostojna Pani aniołów i ludzi, naj­pewniejsza po Bogu ucieczko grzeszników, wybawczyni i wspomożycielko uciśnionych; o Maryo, córko Ojca przedwiecznego, Matko Syna Bożego, oblubienico Ducha świętego! O Bogarodzico, wład­czyni świata, spojrzyj łaskawie na biednego grzesz­nika. Oto wzywam Ciebie, przybądź słodka Pani, wspomóż mię w tej godzinie wielkiego utrapienia! Ta jest godzina, na którą po wszystkie czasy ży­cia Ciebie wzywałem, nie opuszczaj mię w tym strasznym momencie. Tobie się całem sercem po­lecam. Uproś mi pomoc u Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Ojcem i Duchem świętym Bóg jedyny żyje i króluje od wieczności do wieczności!" Łagodna i spokojna twarz sposępniała, święty za­drżał na całem ciele, zamierające usta raz jeszcze zdobyły się na wyszeptanie słodkiego imienia Je­zus. Pokropiono konającego wodą święconą, uspokojenie wróciło i czysta dusza Paschalisa opuściła ziemską powłoką w chwili, gdy kapłan sprawu­jący w zakonnym kościele N. Ofiarę, robił podnie­sienie Boskiej Hostyi. Jasne za życia oczy zagasły, za to oblicze ułożyło się do radosnego uśmiechu, który pozostał po skonaniu, jakby na pożegnanie tej ziemi, podczas gdy duch nieśmiertelny uleciał do wiecznego królestwa światłości i szczęścia, do miejsca wiecznej nagrody za walki i trudy doczes­nego żywota.

 

 

Rozdział XVIII Na marach

            Święty umarł. Już samo to słowo nadzwy­czajne wrażenie sprawiało na ludzi. Podawano je sobie z ust do ust, roznoszono je z miasta do wsi i osad, a tłumy zewsząd poczęły dążyć do klasz­toru św. Różańca w Yillareal. Przy badaniach pod­czas procesu kanonizacyjnego pewne dziewczę ze­znało, że ze strachu przed nieboszczykami nie mogło się zdobyć na odwagę, aby wraz z innymi nawie­dzić zwłoki Paschalisa. Drugiego dnia Zielonych Świątek, wyglądając z okien swego mieszkania, ujrzała ulice puste, jak nigdy przedtem. Teraz już z obawy przed samotnością, postanowiła iść do kościoła, mówiąc do siebie: „Anim słabsza, anim mniejsza od innych. Poszli wszyscy, pójdę i ja, aby ujrzeć świętego". Poszła więc, owszem, po­mimo niebywałego natłoku dotarła do mar niebosz­czyka, dotknęła rąk i stóp jego i z wielką czcią je ucałowała. Trzy dni spoczywały zwłoki błogosławionego w świątyni klasztornej, twarzą zwrócone ku wiel­kiemu ołtarzowi. Był to mężczyzna średniego wzro­stu, kształtnej budowy, cery śniadej, nie piękny lecz o miłym i spokojnym wyrazie twarzy. Trzy głębokie brózdy żłobiły jego wysokie czoło; małe oczy osłonięte zmarszczonemi powiekami i czarnemi brwiami, drobne usta i duży nos, pod wargą z le­wej strony wielka brodawka: wszystko to razem nadawało jego obliczu cechę szczególnej dobroci. Szyja równie pooraną była głębokiemi brózdami; kształtne ręce nosiły niejedno twarde zgrubienie, ślad pracy i posług w klasztorze. I oto przez trzy dni świąteczne do martwych szczątek cisnęły się zdumione rzesze, oglądały liczne cuda i brały zachętę do czci wielkiego sługi Bo­żego i do ufności w jego wstawiennictwo. Już wprawdzie serce bić przestało, już krew nie krą­żyła więcej w skostniałych członkach, zato pot o dziwnie miłym zapachu obficie zraszał ciało świę­tego. Tysiące to widziały, tysiące płatami ocierały twarz brata Paschalisa; lekarze zachodzili w głowę, jakaby była przyczyna wydobywania się tak ob­fitego potu z martwych zwłok jego, i orzekli, że jest to całkiem niezgodne z porządkiem natury. Pan Bóg podobne cuda działał niejednoktotnie, o czem świadczą życiorysy św. Mikołaja z Myry, św. Rajmunda i wielkiego patryarchy aleksandryj­skiego św. Jana Jałmużnika. Co dziwniejsza, namazanie owym potem le­czyło chore członki. Dziewięcioletnia Katarzyna Simon, ku wielkiemu zmartwieniu rodziców, cier­piała prawdziwie męczeńskie bóle, ponieważ na całem jej ciele, zwłaszcza na głowie, na prawej i lewej goleni potworzyły się grube guzy, często­kroć otwierane i wypalane przez lekarzy, jednak bez żadnego polepszenia. Biedne dziewczę już prawie blizkie było śmierci. Stroskani ojciec i ma- tka na drugi dzień Zielonych   Świątek   przywiedli ją do mar świętego:   matka, podczas odprawianej przez   kapłana   uroczystej   mszy,  jęła   z ufnością zbierać pot,   obficie   zraszający   zwłoki i pomazywać nim ropiejące rany córeczki , ojciec tymczasem gorąco się modlił,   obecni   przyglądali się temu ze współczuciem.    Nastąpiło podniesienie.    I o dziwo : święty na widok Hostyi otwiera powieki, to samo czyni powtórnie  na  widok podnoszonego w górę kielicha.    Jednocześnie okrzyk radości wyrywa się z ust   obojga  rodziców:   dziecko   całkowicie  jest uzdrowione.    Jedynie tylko blizny pozostają przez czas jakiś na ciele dziewczęcia.    Wszystek lud nie może się powstrzymać   od   wybuchów   zachwytu. Przyprowadzono nowych chorych, oglądano nowe cuda, których 25 naliczono w ciągu owych trzech dni świątecznych.    Pomiędzy chorymi,   przynoszo­nymi   do   kościoła,   byli:   Bernard   Bartor,   od  lat czterdziestu  niemowa,  który przy zwłokach świę­tego nagle przemówił ; niewidomy Baltazar Rubert, który dotknąwszy  ręką nieboszczyka swych ocie­mniałych oczu,   natychmiast   przejrzał;   inny,   na­zwiskiem Lanzola,   z   wielkim i bolesnym   od   lat dwudziestu wrzodem na szyi, który w jednej chwili samem dotknięciem zwłok Paschalisa poczuł zanik wrzodu i został zupełnie uleczony ; suchotnica, Ur­szula Mascarell, która w swem obezwładnieniu nie mogąc chodzić,   przyniesiona   do   świątyni,   pozo­stawiła tam swe kule i bez niczyjej pomocy wró­ciła do domu;  Izebela Cano, która położyła z uf­nością suchą  rękę  na  mary i natychmiast uczuła w niej nowe życie, jak gdyby nigdy przedtem nie cierpiała ; Janowi Montero, który od kilku lat dozna­wał cierpień nerkowych,  wystarczyło pocałowanie ręki zmarłego w Bogu braciszka i niemoc ustąpiła bezpowrotnie. Niezliczone rzesze pobożnych jedne odcho­dziły, drugie przybywały, a ktokolwiek dotarł do katafalka, zapragnął także jakiej pamiątki po nie­boszczyku. Na nic się nie przydały środki zapo­biegawcze: i habit i kaptur i pasek świętego po­cięto na kawałki i bez skrupułów zabierano jako relikwie. Kilkakroć ubierano brata Paschalisa w nową odzież zakonną, jednak zaledwie na krótko jej wystarczyło. Zakonnicy nie mieli spo­koju ani dniem ani nocą i nie wiedzieli, jak się to wszystko skończy, ponieważ lud ustawicznie napływał, nawet z dalszych okolic. Przywołana do pomocy policya miejska również okazała się bezwładną wobec tysiącznych coraz to nowych tłumów i aby można było dopełnić pogrzebu, użyto wybiegu. Mianowicie pod pozorem, że na­zbyt pomęczeni bracia potrzebują koniecznie wy­poczynku, zniewolono wszystkich obecnych do opuszczenia na kilka godzin świątyni i zamknięto drzwi wchodowe. Wówczas pocichu i pospiesznie obłożono zwłoki wapnem i razem z trumną spusz­czono do grobu, przygotowanego pod ołtarzem Matki Bożej; kryptę zamurowano cegłą i miejsce okryto dywanem. Na drugi dzień wczesnym ran­kiem lud domagał się, aby go wpuszczono do kościoła. Nieboszczyka już nie było. Nieme zdu­mienie po chwili ustąpiło miejsca głośnemu nieza­dowoleniu. Porwano go nam, wołali obecni, szu­kając śladów grobowca. Skoro je tylko zauważono, tłumy rzuciły się ku bocznemu ołtarzowi z zamia­rem otworzenia krypty. Chciano koniecznie mieć na powrót swego świętego! Tylko nadludzkim wysiłkom straży udało się powstrzymać pobożną zapalczywość. Gdy wreszcie lud spostrzegł, że święty jego przyjaciel i w zamurowanym grobie wysłuchuje modlitw w ulubionem przezeń miejscu, przed ołtarzem Maryi., leczy chorych i działa cudowne sprawy, uspokoił się ostatecznie. Tak się zakoń­czyły owe dni Zielonych Świątek cichem spoczęciem sługi Bożego.

 

Rozdział XIX  Chwalebny grób Świętego

            Pełna zapału cześć, już w pierwszych dniach po zgonie Paschalisa oddawana pokornemu bra­ciszkowi franciszkańskiemu, z każdym nieomal ty­godniem coraz szersze przybierała rozmiary. Prawie cała Hiszpania rozbrzmiewała jego pochwałami. Współczesny i naoczny świadek, margrabia Józef de Proxita, stwierdził pod przysięgą, że podczas swych podróży ze zdumieniem spostrzegał, jak mali i wielcy po wszystkich miastach i wioskach mieli na ustach imię sługi Bożego, opowiadali so­bie jego pokorny żywot, jego • bohaterskie cnoty, zdziałane za jego przyczyną cuda, których liczba mnożyła się z dniem każdym i poruszała tłumy: nie mówiono o niczem innem, tylko o bracie Paschalisie, a sława jego świętości przechodziła z je­dnego końca kraju aż do drugiego. Do jego grobu przybywali także wielcy tego świata, panowie du­chowni i świeccy, kardynałowie, biskupi, książęta, hrabiowie, sam król hiszpański Filip 11, jego syn Filip III, później także Filip IV, a wszyscy proszą o łaskę, aby mogli otrzymać małą przynajmniej cząstkę relikwi chwalebnego syna serafickiepo patryarchy Kilkakrotnie też otwierano grób, aby się przekonać o stanie zwłok Paschalisa. W osiem miesięcy po pogrzebie przybył do Yillarreal O. Jan Ximenes, prowincyał i późniejszy żywota tegoż świę­tego pisarz, i polecił późnym wieczorem i pocichu otworzyć grobowiec. Wapno nie naruszyło ciała, które pozostało świeże i giętkie. Obłożono je niem ponownie, aby módz otrzymać same tylko czyste kości i miejsce zamknięto podawnemu. Po upły­wie 14 miesięcy nastąpiło drugie otwarcie w obec­ności wizytatora, O. Dyonizego Castellon. I tym razem, chociaż habit został zjedzony przez dzia­łanie wapna, ciało znaleziono nietkniętem. Podo­bnie rzecz się miała i w czasach późniejszych, mianowicie 23 lipca 1611 roku, gdy na skutek po­lecenia Stolicy Ap. dokonał otworzenia grobowca biskup Segowii, Genezyusz Casanovą, w obecności lekarzy i teologów jako zaprzysiężonych i wiaro-godnych świadków. Przekonano się naocznie, że zwłoki były nienaruszone za wyjątkiem nieznacz­nych uszkodzeń, spowodowanych dawniej pragnie­niem zakonników otrzymania relikwi brata Pas­chalisa. Całe ciało, pomimo, że od lat 19 obło­żone było wapnem, przechowało się bez skazy, co ówczesna komisya słusznie przypisała cudow­nemu działaniu mocy Bożej Nic też dziwnego, że ogólne życzenie wier­nych pragnęło widzieć drogocenne zwłoki na bar­dziej odpowiedniem miejscu. Obywatele miasta Yillarrealu nie poskąpili grosza i tym sposobem przy kościele OO. Reformatów zbudowano wspa­niałą kaplicę. Karol Borgia, książę Gandyi, przez wdzięczność za uproszenie sobie potomka, sprawił drogocenną alabastrową urnę, w której złożono śmiertelne szczątki sługi Bożego. Wkrótce potem pewien szlachcic z Walencyi, Ferdynand Ferrer, ufundował srebrny sarkofag, celem pomieszczenia wspomnianej urny. Przeszło 60 srebrnych i zło­tych lamp łagodnym blaskiem oświecało nowy grobowiec Paschalisa, a kosztowne ze szlachetnych kruszców i drogocennych kamieni wota, porozwie­szane na ścianach przybytku, wymowie świadczyły o wielotysięcznych podziękach za dobrodziejstwa, otrzymane za przyczyną świętego. Wieść o nowym cudotwórcy przeszła daleko poza granice Hiszpanii, dzięki szerokiemu rozgałę­zieniu zakonu serafickiego patryarchy z Assyża, a zebrani na generalnej kapitule w Toledo ojcowie wszystkich prowincyi franciszkańskich oznajmili, że niema prawie kościoła ich reguły, w którym nie znajdowałby się ołtarz, albo przynajmniej obraz sługi Bożego Paschalisa.

 

Rozdział XX Zakończenie

            Hiszpańskie królestwo Yalencia, w którem nasz święty najdłużej żył i najwięcej zdziałał cudów ze szczególnym zapałem podjęło starania, aby wy­robić u Stolicy Apostolskiej wyniesienie na ołtarze wielkiego miłośnika i czciciela N. Sakramentu. Pierwszym, który przedsięwziął zbieranie materyału dowodowego, potrzebnego do sprawy beatyfika­cyjnej, był biskup Kacper Punter z Dertusy. W maju 1602 roku wysłano z całego królestwa delegacyę do Rzymu, która powołując się na jawne dowody świętości i niezaprzeczone cuda, miała prosić na­miestnika Chrystusowego, aby polecił rozpocząć proces beatyfikacyjny. Nadto konsulowie miasta Walencyi złożyli potrzebny fundusz na przepro­wadzenie procesu. W tym samym celu pisał do Stolicy Apostolskiej dwukrotnie król Filip III, a także książęta i biskupi słali swe korne supliki do stóp głowy Kościoła. Wreszcie życzeniu ogólnemu stało się zadosyć: rozpoczęte na mocy breve papies­kiego 1609 r. jeden generalny i cztery szczegółowe procesy uwieńczył skutek pomyślny i w dniu 29 paź­dziernika 1618 roku Paweł V kazał ogłosić bullę beatyfikacyjną, przyznającą Paschalisowi miano bło­gosławionego. Jednakże cudom, działanym za przyczyną małoznaczącego niegdyś braciszka reformackiego, nie było końca. W krótkim czasie samych tylko wskrzeszeń z martwych aż dziewięć zanotowały kroniki. Z tego powodu odnośne kościelne władze rzymskie zajęły się, sprawdzeniem owych niezwy­kłych spraw i z wielkiej ich liczby wyróżniły dwa następujące, stwierdzone z największą skrupulat­nością. Mianowicie pewien wieśniak z okolic Va-lencyi nader starannie uprawiał swe niewielkie pole, lecz niestety długotrwała susza udaremniła wszyst­kie jego zabiegi. Nawet cysterny, służące do prze­chowywania deszczowej wody, wyschły całkowicie. Ufając orędownictwu świętego, którego obraz ze czcią w domu swym przechowywał, udał się z ło­patą na pole, wezwał serdecznie jego pomocy i oto przy pierwszem poruszeniu ziemi ujrzał ob­ficie wytryskujące źródło, które 1670 roku według zeznania świadków jeszcze płynęło i które dla tego otrzymało nazwę źródła św. Paschalisa. Równie uderzającym był drugi cud, który miał miejsce r. 1662. Dwaj ludzie, Michał Buallart i Michał Mingarro znajdowali się w pobliżu młyna, gdy na­gle usłyszeli krzyk pewnej niewiasty i wzywanie pomocy Paschalisa, ponieważ jej sześcioletni synek spadł z młyna w rwący i głęboki potok. Mingarro natychmiast pospieszył do nieco wyżej położonych stawideł, aby zatrzymać wodę, podczas gdy Bu­allart podążył w dół rzeczki na odszukanie chłop­czyka, którego już w duszy uważał za połamanego przez koła młyńskie. Lecz o dziwo, dziecko nie­naruszone wyciąga doń ręce z wody i spieszy ku niemu. Osłupiały pyta, w jaki sposób zdołał się prześlizgnąć ważkim kanałem tuż pod kołem pokrytem pianą. Na to otrzymał odpowiedź, że ja­kiś zakonnik, ubrany w habit, noszony przez braci w Yillarreal, posadził go na koło i pobłogosławił; stąd lekko zanurzony w wodę dostał się oto do brzegu. Atoli sprawa kanonizacyi ciągnęła się bardzo powoli, głównie skutkiem nowych dekretów Ur­bana VIII i Inocentego XI. Dopiero na ponowne usilne prośby wiernych hiszpańskich, po załatwieniu ostatecznych formalności, papież Aleksander VIII bullą z dnia 23 lipca 1691 roku, w lat 99 po śmierci Paschalisa, wpisał go w poczet świętych Kościoła katolickiego. Imię i wielkie cnoty pokornego sługi Bożego przypomniał światu papież Leon Xlii, ogłaszając św. Paschalisa patronem wszystkich stowarzyszeń eucharystycznych. Kościół Chrystusowy zna bez wątpienia mnóstwo Świętych, którzy się odznaczali wielką miłością ku Panu Jezusowi, utajonemu w Sakramencie Ołtarza i którzy mogą także słu­żyć za przedziwny i godny naśladowania wzór nabożeństwa do N. Sakramentu. Jednak Stolica Apostolska dała ów zaszczytny tytuł patrona, ubo­giemu braciszkowi franciszkańskiemu raczej, ani­żeli innym wielkim i błogosławionym sługom Bo­żym, ponieważ w Paschalisie miłość do Euchary­stycznego Zbawiciela dosięgła niewymownej głę­bokości; ona była mu jakby wrodzoną i daną tej świętej, a prostej duszy jako osobny przywilej; ona przetrwała w jego sercu nie tylko aż do skonania, jej moc ujawniła się w nim nawet po śmierci w owych niezwykłych wydarzeniach, o których czytaliśmy w jednym z poprzednich rozdziałów. Dzieckiem jeszcze będąc, pełzał do stóp ołtarza. Jako młodzieniec wybiegał myślą ponad pastwiska do świą­tyni Boga ukrytego w tabernakulum. Serdecznem pragnieniem Chleba żywota, tak gorąco piastowanem w swej duszy, zasłużył sobie na cud, że z otwartych niebios otrzymał to, do czego poboż­nie tęsknił. Potem w zakonie dnie i noce spędzał przed N. Sakramentem, w cichej modlitwie obcował z Bogiem swego serca, błagał o siłę przeciwko pokusom, o światło do coraz lepszego poznawania Stwórcy. Stamtąd czerpał niebiańską mądrość tam znajdował źródło świętej radości i prawdzi­wego pokoju. Wreszcie nawet na śmiertelnych marach otworzył zastygłe oczy, aby raz jeszcze spojrzeć na Hostyę Najświętszą, na którą tak czę­sto w życiu ze czcią głęboką spoglądał. Eucharystya była dlań istotnie źródłem nadobfitem życia nadprzyrodzonego, krynicą łaski i mądrości niebiańskiej. Przez Nią umacniał się na du­szy, przez Nią gasił podniety zmysłów, przez Nią odmładzał się w świętym zapale zupełnego oddania się Panu Bogu. Ufajmy, że przykład i wstawiennictwo świę­tego Paschalisa pobudzać będą lud chrześcijański do coraz żywszej wiary, do coraz gorętszej miło­ści, do coraz głębszego uwielbienia Pana Jezusa w N. Sakramencie Ołtarza. Na większą chwałę Boga.

Zegar
 
Przycisk Facebook "Lubię to"
 
Reklama
 
Sposoby Kontaktu
 
Żywy Płomień kontakt:

Tel-kom: 0 601 27 96 32

viviflaminis@gmail.com

gg -5388746
Inne po nawiązaniu kontaktu ze mną.
Licznik Gości Strony.
 
UWAGA KOMUNIKAT!!!!!!
 
Bardzo wszystkich czytelników przepraszam za umieszczone złe, nieprzyzwoite reklamy na mojej stronie, ale korzystam z darmowej strony, portalu TLEN. Administrator tego portalu nie jest katolikiem i umieszcza celowo takie reklamy na moim portalu aby odstraszyć użytkowników.
 
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=