Stany duchowe człowieka

Stany duchowe człowieka

Ponieważ żyjemy w czasie, Bóg dociera do nas idąc niejako po śladach naszych przeżyć, ale też wzbudzając różne stany ducha, dzięki którym próbuje przekazać swoją wolę lub dokonać naszego wewnętrznego udoskonalenia. Co więcej stany duchowe odzwierciedlają trwającą w człowieku walkę dobra ze złem, która nie zawsze musi przybierać dramatyczny charakter i niebotyczne rozmiary.

 

Wejść na poziom ducha

   Psychologia to bardzo pożyteczna dziedzina wiedzy, ba, sfera psychiczna to nieodzowna i ważna cząstka nas samych. Kto chciałby od niej uciec lub pozbyć się swojej psyche, dokonałby zamachu na własne człowieczeństwo. Dzisiaj psychologia przeżywa swoisty renesans. Nie tylko staje się jednym z kluczowych narzędzi poznawania człowieka i złożonych procesów zachodzących w jego wnętrzu, ale też przybiera postać swoistego mesjasza naszej cywilizacji. Całe zastępy psychoterapeutów, mających wyprowadzić pacjentów z depresji, nerwic, napięć i stresów codzienności przeładowanej tysiącami bodźców, otwiera podwoje swoich gabinetów, by spieszyć z pomocą zagubionemu człowiekowi. Liczba studentów psychologii na wielu uniwersytetach wciąż pozostaje na stałym poziomie. Półki księgarskie aż uginają się pod ciężarem psychologicznych poradników, kompendiów, analiz i teorii. Nic dziwnego. Człowiek szuka recepty na rozliczne bóle i troski swojej egzystencji. Chce zorientować się, co się z nim dzieje. Pragnie poznać zachodzące w nim procesy, nazwać uczucia, które miotają nim na różne strony, wywikłać się z trudnych do zniesienia konfliktów, znaleźć spokój i ukojenie.

     Ale wbrew temu, czego byśmy oczekiwali, nie wszystko da się wytłumaczyć czy zrozumieć w obrębie psychologii. W naszym życiu dochodzi do głosu także duch i ciało, które współgrają z naszą psyche. Nieraz dziwię się tym, którzy sądzą, że psychologia uzdrowi człowieka, że wystarczy jakaś porządna terapia, a wszelkie problemy znikną. Niewątpliwie, zdarza się, że fachowa pomoc specjalisty wnosi wiele światła do naszego życia, a nawet może rozwiązać jakieś trapiące nas problemy, pomaga zadbać o właściwy tryb życia, uwalnia blokowane całymi latami uczucia, wzmacnia poczucie wartości. Zaprzeczanie dobroczynności psychologii równałoby się walce z wiatrakami. Jednak z drugiej strony nie można uznać jej za punkt docelowy wszelkich ludzkich pragnień i probierz postępowania człowieka.

     Coraz częściej odnoszę wrażenie, że nadmierna fascynacja bądź brak trzeźwego dystansu do psychologii prowadzi do zmiany postrzegania rzeczywistości. Jeśli nie uwzględni się granic psychologii i jej niewystarczalności, wówczas dochodzi do dość opłakanej w skutkach redukcji: psychologizacji człowieka i otaczającej go rzeczywistości. Objawia się to w ten sposób, że sfera psychiczna okazuje się ostateczną instancją i kryterium w podejmowaniu decyzji, w ocenie ludzkich czynów i zachowań. Dobre samopoczucie bierze wówczas górę nad wyborem większego dobra, którego spełnienie nie zawsze wiąże się z komfortowym stanem emocjonalnym czyniącego i otoczenia. Ewentualne konsekwencje ludzkich wyborów oceniane bywają li tylko z psychologicznego punktu widzenia, a więc z poziomu uczuciowości. Jeśli ktoś się nie poczuł się urażony, jeśli nie stracił dobrego nastroju, to wszystko jest w porządku. Tym samym na dalszy plan schodzi sfera duchowa, a więc „przestrzeń”, która przekracza a zarazem przenika cielesność i psychikę.

     Mój przyjaciel z Niemiec, który od lat prowadzi poradnię psychologiczną w centrum Berlina, opowiadał mi wielokrotnie, jak to często dociera w terapii z wierzącym bądź niewierzącym pacjentem do pewnego punktu krytycznego. Mianowicie, po kilku miesiącach spotkań okazywało się, że w człowieku tym nagle odżywa tęsknota za Kimś większym, za Absolutem, sensem, Bogiem. Przez lata wielu ludzi sądzi, że dręczy ich depresja, jakieś osobiste nierozwiązane konflikty, które na gwałt trzeba uśmierzyć, po czym stwierdzają, że tak naprawdę, odkrywają w sobie wewnętrzny niepokój – jakieś poruszenia, które przychodzą jakby z innego świata. Tutaj psycholog staje już zupełnie bezradny. Duch pacjenta zaczyna budzić się z letargu. Terapeuta nie może go zachęcić do wiary, bo nie jest ona środkiem antydepresyjnym czy psychotropowym. W tym miejscu zaczyna się dopiero otwierać „możliwość” wiary, odsłania się przedpole dla obdarowania łaską wiary – związania się z Osobą, która zaspokoi pragnienia, niepokoje i tęsknoty. Wypływa z tego wniosek, że nasz duch przedziera się jakoś do naszej świadomości, chociaż nieraz odbywa się to z wielkim trudem i mozołem. Co więcej, nasz wymiar duchowy staje się areną prawdziwego zmagania i walki duchowej.

   Św. Ignacy z Loyoli, próbując opisać to, co dzieje się w naszej duszy, odwołuje się do działania duchów: dobrych i złych, które wywołują w nas różne poruszenia. Chociaż zewnętrznie reakcje te wyrażają się poprzez uczucia i rozmaite myśli, nie można ich zredukować jedynie do sfery emocjonalnej. Nasze rozmaite poruszenia, uczucia i myśli mogą zawierać w sobie działanie Boga bądź Jego przeciwnika – szatana. Zauważanie i rozpoznawanie takich poruszeń to dzisiaj wielka sztuka, zwłaszcza, że mówienie o duchach przypomina wielu współczesnym opowiadanie małym dzieciom bajki o krasnoludkach i śpiącej królewnie. Anioły, diabeł, duchy – toż to historyje rodem z baśni Andersena!

   A jednak świat duchów jest pośród nas obecny, chociaż niestety najczęściej w postaci zabobonnego reliktu z przeszłości, który okazuje się jeszcze tu i ówdzie przydatny.

   O tej formie banalizacji działających w naszym świecie duchów pisze Tadeusz Różewicz w swoim ostatnim tomiku poezji „Wyjście”:

   Mój Anioł Stróż który ma już 83 lata (…) przyleciał spłoszony i zaczął mi opowiadać że molestują go jacyś handlarze (…) z Telewizji komercyjnej, publicznej i misyjnej żeby reklamował anielskie mleczko ze skrzydełkami tańczył hip-hop  z seniorami dali mu złoty zegarek bez czasu depilator wibrator komórkę kosiarkę zafundowali wycieczkę do Babilonu

   Działanie duchów to dla św. Ignacego z jednej strony inna nazwa zbawczej obecności Boga w naszym życiu, a z drugiej synonim powolnej duchowej przemiany zachodzącej w człowieku, podlegającemu rozmaitym doświadczeniom. Ponieważ żyjemy w czasie, Bóg dociera do nas idąc niejako po śladach naszych przeżyć, ale też wzbudzając różne stany ducha, dzięki którym próbuje przekazać swoją wolę. Co więcej stany duchowe odzwierciedlają trwającą w człowieku walkę dobra ze złem, która nie zawsze musi przybierać dramatyczny charakter i niebotyczne rozmiary.

   Bóg komunikuje się z nami w codzienności. Św. Ignacy nie chciał, aby ktoś myślał, że życie duchowe zarezerwowane jest tylko dla wybitnych i wtajemniczonych jednostek. Raczej uważał, że ono tętni w każdej osobie ludzkiej, chociaż nieraz długi czas nie zdajemy sobie z tego sprawy, sądząc, że to jakieś przejściowe zmiany nastroju, samopoczucia, nastawienia, humoru. Tymczasem w nas samych wciąż dokonuje się pewien duchowy proces. Im bardziej stajemy się go świadomi, im bardziej rozpoznajemy, co w rzeczywistości się z nami dzieje, tym szybciej i łatwiej odnajdziemy wolę Boga, będziemy podejmować właściwe decyzje, nie damy się wodzić za nos fałszywym poduszczeniom i kłamstwu, które próbuje wtargnąć do naszego życia. Nie pomylimy również niezdrowego poczucia winy z autentycznym wyrzutem sumienia. Będziemy mogli odróżnić fakt pojawiania się w nas uczuć od działania pod ich wpływem, czego w gruncie rzeczy trzeba uczyć się bardzo długo.

  Bliski przyjaciel św. Ignacego – św. Filip Nereusz  powiedział kiedyś, że życie człowieka duchowego jest pociechą, potem próbą, potem znowu próbą i nową pociechą, a potem znowu próbą...

   Tym może nieco dziwnym zdaniem chciał podkreślić, że wędrówka człowieka na ziemi wiąże się nieuchronnie z trudnym zmaganiem i ciągłym oczyszczaniem serca.

Zapewne tę samą prawdę pragnął przekazać nam św. Ignacy pisząc o fundamentalnych zasadach kierujących życiem tych, którzy rozpoczęli bądź prowadzą życie w duchu. Niemożliwe jest działanie zgodne z wolą Bożą, bez podjęcia pierwszego kroku – rozeznania w jakim stanie duszy znajduję się w danym czasie.

    Już na samym początku reguł o rozeznawaniu duchów zamieszczonych w Ćwiczeniach Duchownych, św. Ignacy wyjaśnia różnicę w działaniu duchów w zależności od tego, czy człowiek jest na drodze postępu i żyje w zgodzie z Bogiem, czy też nadal tkwi w grzechu śmiertelnym. Dalsze reguły odnoszą się właśnie do odkrycia poruszeń duchów, które inaczej postępują z duszą w strapieniu, niż w pocieszeniu. Umiejscowienie to ma zapobiec pomyleniu działania ducha dobrego ze złym i na odwrót. Zarówno pocieszenie jak i strapienie są przeżyciami wewnętrznymi, ale uzewnętrzniają się również w zachowaniach i postawach widocznych w jakiś sposób dla otoczenia. Doświadczanie tych dwu różnych stanów duszy przysposabia człowieka do coraz pełniejszego poznania siebie i otwiera na zupełne zaufanie wobec ciągle obecnego Boga.

 

Pocieszenie duchowe

Pocieszenie duchowe jest, jak pisze św. Ignacy, pewnym poruszeniem duchowym, dzięki któremu dusza rozpala się w miłości ku swemu Stwórcy i Panu, a wskutek tego nie może już kochać żadnej rzeczy stworzonej na obliczu ziemi dla niej samej, lecz tylko w Stwórcy wszystkich rzeczy (ĆD 316).

  W tym stwierdzeniu zawiera się cel, jaki przyświeca temu przeżyciu darowanemu nam przez Boga, mianowicie mocne pociągnięcie duszy ku swemu Panu. Słowo „ rozpala „ wskazuje, że pociecha ma podtrzymywać naszą małą miłość, jaka płonie nikłym płomykiem w naszym sercu. Jesteśmy wciąż narażeni na rozmaite niebezpieczeństwa i próby, które sprawiają, że nie zawsze możemy stale lub przynajmniej często trwać świadomą myślą przy Bogu. Jednak wewnętrzna czujność wymaga od nas stałego poczucia Jego istnienia i obecności, które otacza całe nasze postępowanie.

   Pocieszenie duchowe z samej swej natury nie stanowi jakiegoś stałego usposobienia. Jest to raczej impuls dla duszy, który przypomina, ożywia, rozżarza, umacnia i oświeca ją po to, aby mogła przetrwać czas próby czy kryzysu. Pociecha, jako dar łaski, utwierdza człowieka w przekonaniu, że chociażby w czasie pokus i ciemności Bóg zdawał się być nieobecny, w rzeczywistości nic nie może Go zastąpić i żadne stworzenie nie nasyci ludzkiego pragnienia miłości. Mając w pamięci i w sercu żywe odczucie bliskości Boga, człowiek nie poddaje się rezygnacji i smutkowi mimo natarczywych pokus skłaniających do zwątpienia.

 

Czym jest pocieszenie duchowe i w jakich znakach się wyraża?

Często pocieszenie objawia się poprzez łzy, które są zewnętrznym przejawem tego, co dzieje się w sercu. W relacjach międzyludzkich łzy są czymś naturalnym. Wyrażają radość, wzruszenie, ból po stracie kogoś bliskiego, tęsknotę itd. Również w relacji do Boga łzy są darem, który nie ma nic wspólnego z histeryzowaniem czy twierdzeniem, że nie przystoi on dorosłym, a zwłaszcza mężczyznom. Przeciwnie ronienie łez przed Bogiem jest znakiem, że cały człowiek wraz z ciałem i emocjami przeżywa kontakt ze Stwórcą. Łzy wypływają z uczciwej oceny siebie samego, są owocem wewnętrznej skruchy, która dotarła do głębi człowieka. Istotną cechą daru łez jest fakt, że wprawiają ciało w drżenie, płyną spontanicznie i bez przymusu. Ponadto łzy mogą pojawić się, kiedy doświadczamy Boga na modlitwie, podczas przyjęcia Sakramentu Pokuty czy w czasie dziękczynienia po Komunii św. Ogarnia nas również wzruszenie, kiedy odkrywamy Boga w dziele stworzenia czy historii zbawienia, bądź gdy niespodziewanie dostrzegamy Go jako nieustannie obecnego w naszym życiu. Łzy otwierają drogę na wyższy poziom, koncentrują myśl i serce na Bogu i wyrywają z siebie. Są niejako zapowiedzią niekończącej się radości z oglądania Boga twarzą w twarz.

Jednak łzy nie są celem modlitwy, chociaż wyrażają naszą szczerość względem Pana i bardzo do Niego pociągają. Są one raczej środkiem, dzięki któremu Bóg przybliża nas ku sobie. Nie można szukać w relacji z Bogiem tylko wzruszeń w żywym odczuwaniu obecności Bożej, które by rozszerzały pierś i przyśpieszały bicie serca. Narażamy się wtedy na niebezpieczeństwo znudzenia się modlitwą, w momentach, kiedy nie towarzyszy nam tego typu błogie doświadczenie. Z drugiej strony, nie trzeba się bać łez, które rzekomo świadczyłyby o naszej słabości. Jest to dar, o który można prosić.

 

   Ewagriusz tak pisze do swojego ucznia: Módl się najpierw o dar łez (...) Módl się ze łzami a twa prośba będzie wysłuchana. Nic tak nie raduje Pana jak błaganie zanoszone pośród łez.

 

   Dusza doznaje również pociechy, kiedy po jakimś czasie ciemności otrzymuje światło, w którym wyraźniej zdaje sobie sprawę z tego, co robić, jak postępować. Naturalną drogą, poprzez którą to olśnienie dochodzi do człowieka jest Słowo Boże. Duch Święty przez dar rozumu odkrywa przed człowiekiem swoje niezgłębione tajemnice, pokazuje, w jaki sposób to słowo wypełnić i wlewa do serca pragnienie pójścia za Jego natchnieniem.

Ale może posłużyć się również lekturą duchową, obrazem, filmem, wydarzeniem, czy wprost spotkaniem z drugim człowiekiem. Nieraz takie oświecenie spada w najmniej spodziewanym momencie. Często oznaką pocieszenia jest radość z dobra wyświadczonego bliźnim, z dokonanego wyboru życiowego. Innym razem pocieszenie wyraża się poprzez odczucie uporządkowania myśli, wyjaśnienie motywów działania, które wydawało się bezcelowe itp.

 

   Modlitwa w okresie pocieszenia jest niezwykle intensywna, pełna wewnętrznego pokoju i odpoczynku, radości, niezwykłego poznania. Człowiek pragnie wówczas trwać na niej jakby nie miała się nigdy skończyć. Jest to czas szczególnego nasycania się siłą i ufnością, aby móc wytrwać w nadchodzącym okresie próby. Mową serca w głównej mierze jest jednak milczenie i pustka. Doznawanie odczuwalnej pociechy jest bardziej właściwe cielesnej naturze niż duchowej. Dlatego pocieszenie jest częstsze u początkujących na drodze duchowej, aby ich mocniej związać z Bogiem. Przygotowuje ono do oczyszczenia, które już nie wiąże się z tak wzniosłymi przeżyciami – do strapienia.

Strapienie duchowe

    Św. Ignacy stwierdza wyraźnie, że obok pociechy istnieje w życiu duchowym stan, który w żadnym wypadku nie ma w sobie niczego z cech charakteryzujących pocieszenie. Jest on niejako zaprzeczeniem przeżyć rodzących się podczas duchowej radości. Tym doświadczeniem jest strapienie. Tym samym można stąd wyciągnąć wniosek, że dusza ludzka nie może znajdować się gdzieś pośrodku, rozpięta między tymi podstawowymi kategoriami kondycji ducha. Niemożliwe jest istnienie w jakiejś nieokreśloności duchowej, jak to niektórzy próbują udowadniać. Złudne jest też dążenie do wyzbycia się wszelkich poruszeń ducha.

Fundamentalnym doświadczeniem, jakie niesie z sobą strapienie, jest poczucie pozornego odłączenia od Stwórcy i oczekiwanie na kolejne „ odezwanie się „ niby nieobecnego Boga. Istotę strapienia w znakomity sposób ujął Henri J.M. Nouwen pisząc, iż życie duchowe jest przede wszystkim cierpliwym oczekiwaniem, to znaczy oczekiwaniem w cierpieniu, podczas którego wiele doświadczeń niespełnienia przypomina nam o Bożej nieobecności. Jest to jednak oczekiwanie z nadzieją, które pozwala nam rozpoznać pierwsze znaki przyjścia Boga pośród naszego bólu. Zatem do tajemnicy Bożej obecności można się zbliżyć tylko dzięki świadomości Jego nieobecności. Pośród tęsknoty za nieobecnym Bogiem odkrywamy Jego ślady i uświadamiamy sobie, że nasze pragnienie, by kochać Boga, rodzi się z miłości, którą On nas dotyka. W cierpliwym oczekiwaniu na Ukochanego odkrywamy jak bardzo On już wypełnić nasze życie. Jak miłość matki do syna wzrasta, kiedy on jest daleko, jak dzieci uczą się doceniać bardziej swoich rodziców, kiedy są same w domu, i jak kochankowie odkrywają siebie nawzajem podczas rozłąki, tak nasza intymna relacja z Bogiem może stać się głębsza i bardziej dojrzała dzięki oczyszczającemu doświadczeniu Jego nieobecności.

Strapienie ma przede wszystkim obudzić w nas głęboką tęsknotę za Bogiem i przekonać, że On jest dla nas darem. Dokonuje się to nieraz w długim i bolesnym procesie, a jego rezultat zależy od naszego przyzwolenia na taką formę Bożej ingerencji. Jak pisze Nouwen, dzięki temu nasza więź z Bogiem MOŻE stać się głębsza i bardziej dojrzała, jeśli ufnie zgodzimy się na taki rodzaj egzystencji. Nasze serce musi zgodzić się na wewnętrzną pustynię w myśl słów psalmisty:

               Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam

 Ciebie pragnie moja dusza

za Tobą tęskni moje ciało

                                                  jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody.      (Ps 63,1)

 

                  Jak łania pragnie wody ze strumieni

                  tak dusza moja pragnie Ciebie Boże

                         Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego

                                                      kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?     (Ps 42, 2 – 3)

  Czyż ten biblijny obraz nie dowodzi, jak drogocennym doświadczeniem jest strapienie? Czyż wyzwolenie w nas tego najgłębszego pragnienia, jakie Stwórca wpisał w nasze istnienie, nie jest dla nas czymś najważniejszym?

Ojciec Ignacy określa pewne charakterystyczne dla strapienia „ objawy „, które okazują się często niezwykle bolesne dla duszy. Przede wszystkim w duszy zalega ciemność, rodzi się zamęt i niepokój, Bóg nie pozwala się „odczuć” – tak jak to miało miejsce w pocieszeniu. Człowiek jest atakowany natarczywymi pokusami, nęci go i pociąga to, czym jeszcze niedawno się brzydził będąc w pocieszeniu. Powoli zaczyna podawać w wątpliwość podstawowe prawdy wiary i swojego bytu. Przypisuje Bogu obojętność względem siebie, staje się nieufny i czuje się osaczony, jakby znajdował się w sytuacji bez wyjścia. Poprzednia gorliwość niepostrzeżenie zamienia się w oschłość i letniość ogałacającą duszę z radości i pokoju.

 

Rozpoczyna się mozolne umieranie oczekiwań i wyobrażeń cielesnego człowieka, związanych ze sposobem objawiania się Boga. Światło przygasa, droga wydaje się niepewna. W to miejsce wkracza niecierpliwość – człowiek cielesny nie lubi trwać w bezruchu i pustce. Poczucie opuszczenia przez Boga może również – jak pisze św. Izaak Syryjczyk – wyrażać się w: ociężałości ciała, ospałości, lenistwie, słabości członków, zniechęceniu, zamęcie myślowym, płynącym z fizycznego wyczerpania pełnym lęku pesymizmie, chwilowym zaniku nadziei, zamroczeniu umysłu, braku ludzkiej pomocy, niedosycie z powodu niedostatecznie zaspokojonej potrzeby ciała itp.

Równocześnie cierpi na tym nasza modlitwa, która przybiera nieoczekiwany kształt. Nagle znika skupienie, głębokie poznanie, nie można zatrzymać się na czymś jednym i smakować, umysł skacze od treści do treści – szuka niespokojnie punktu „ zaczepienia „ i nie może go znaleźć. Pojawiają się rozproszenia, które często są jedynie realnym odzwierciedleniem tego, czym żyjemy na co dzień. Dręczą nas wówczas pokusy, aby porzucić bezwartościową modlitwę. Człowiek zaczyna się pytać: Po co mam się modlić, skoro już nie czuję bliskości Pana? Co ja właściwie robię? Modlę się, ale już nie widzę sensu tej praktyki.

Modlitwa może mieć jeszcze inną formę. W duszy zalega pustka, nie ma ani rozproszeń, ani pokus, ani żadnego światła po prostu jest cisza. Jakże trudno wtedy trwać na takiej modlitwie!

Podobnie dzieje się z pozostałymi praktykami duchowymi. Eucharystia może być przeżywana „ na luzie” bez świadomości, że jest to rzeczywistość nadprzyrodzona. Pojawiają się trudności z przygotowaniem do Sakramentu Pojednania i uchwyceniem jego zbawiennego działania dla nas. Czytanie duchowne, które przedtem prowadziło do modlitwy, obecnie zdaje się stratą czasu, gdyż ani rozum ani serce nie może znaleźć żadnego pożytku.

Dlaczego znajdujemy się w strapieniu?

Kiedy uważnie wczytamy się w tekst reguły 9 w Ćwiczeniach Duchowych, możemy śmiało stwierdzić, że strapienie nie jest znęcaniem się Boga nad człowiekiem. Wszystkie trzy racje, dla których Bóg dopuszcza na nas strapienie są skierowane ku postępowi duszy ludzkiej. Bóg, jako doskonały Pedagog zna serce ludzkie i wie, jakiej „ terapii” użyć, aby człowieka wyrwać z wszelkiego skrępowania, które przeszkadza mu w pełnym otwarciu się na Niego. Strapienie nie jest zatem bezpośrednio dziełem złego ducha, chociaż ma on w nim niemały udział. Bóg raczej przyzwala na jego działanie w duszy, aby człowiek dogłębnie odczuł swoją nędzę, poczuł się w głębokiej potrzebie i zwrócił się o pomoc do Boga. Inaczej mówiąc, Duch Święty już tu na ziemi pragnie niejako „zmusić” człowieka do złożenia swojej broni, do zniszczenia wszelkich barykad i przeszkód, zagradzających Bożej miłości dostęp do serca.

 

1. Najczęstszą przyczyną strapienia duchowego jest po prostu nasze lenistwo i oziębłość w życiu duchowym. Zaniedbywanie swoich codziennych obowiązków, brak wytrwałości w modlitwie i jej powierzchowność, rutyna i bylejakość – wszystko to sprawia, że nasze serce nie jest żywo zaangażowane w naszej relacji z Bogiem. Nasz kontakt z Bogiem ogranicza się do czysto zewnętrznych i formalistycznych zachowań i praktyk. Bóg traktowany jest instrumentalnie i z wyrachowaniem, a przecież jest On Osobą. Dlatego upomina człowieka, aby pokochać go całym sobą także czynami wypływającymi z dobrej intencji i z głębi serca. Bóg nie chce, aby Mu służyć jak niewolnik ze strachu przed karą. Nie pragnie też, aby człowiek postępował jak najemnik dla otrzymania nagrody. W obu przypadkach jego postępowanie nie będzie szczere.

Pragnieniem Pana jest raczej, abyśmy odnosili się do Niego jak dzieci do swego Ojca i odwzajemniali Jego uprzedzającą miłość. Wówczas nasze czyny nabierają właściwego charakteru.

Jeżeli odrzucamy Jego propozycję, to zaczynamy się lękać, ogarnia nas strach. Bóg chce być naszym życiem. Jeśli mówimy „nie” i nie zapraszamy Go do swojego życia pozostajemy sfrustrowani i zawiedzeni. Wówczas wszystko w naszym życiu wydaje się bezsensowne, jałowe i martwe. Strapienie ma nas z tego otępienia wyrwać i pomóc zejść z powierzchni w głąb naszego jestestwa.

2. Druga przyczyna strapienia duchowego już niekoniecznie musi wiązać się z naszą oziębłością i zaniedbaniami. Możemy być sumienni w wykonywaniu swoich obowiązków, nie opuszczamy modlitwy – staramy się modlić świadomie i z serca, a jednak co pewien czas przeżywamy strapienie. Dlaczego?

Odpowiedź daje nam św. Ignacy: Bóg chce nas wypróbować, na ile nas stać i jak daleko postąpimy w Jego służbie i chwale bez takiego odczuwanego wsparcia pocieszeń i wielkich łask (ĆD 322). Innymi słowy, chodzi tutaj o „przetestowanie” naszej wiary i zaufania Bogu wbrew wszelkim przeciwnościom. Łatwo jest myśleć o Bogu, rozmawiać z Nim, gdy wydaje się być blisko, lecz o wiele trudniej jest trwać przy Nim w chwilach trudności i pokus. Takie próby są stopniowym okazywaniem prawdy o nas samych. Czy faktycznie miłujemy Boga ze względu na Niego samego, czy też pragniemy tylko wzruszeń, odczuwania Jego bliskości, czy zaspokojenia naszych oczekiwań? Jeśli tylko na tego typu przeżyciach opieramy naszą wiarę, może się ona zachwiać przy byle okazji. Życie ludzkie wiąże się nieuchronnie z krzyżem i zmaganiem. Aby móc sprostać temu zadaniu, nie możemy liczyć tylko na własne siły. Jeśli nasze życie nie będzie miało dobrego fundamentu – mocno ugruntowanej wiary, nie wytrwamy przy Panu. Jezus mówi w Ewangelii, że człowiek, który swój dom zakłada na głębokim fundamencie i skale ostoi się w chwili powodzi i zawieruchy (por. Łk 6, 48). Dlatego św. Piotr wzywa chrześcijan do radości: Radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń. Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu na chwałę, sławę i cześć przy objawieniu się Jezusa Chrystusa (1P 1, 6 -7).

Z kolei Jan Paweł II potwierdza zbawienną moc, jaką niesie takie strapienie, jest ono niejako konieczne: Bóg ma prawo do takiej próby w stosunku do każdego człowieka, życie ziemskie jest bowiem dla każdego z nas czasem próby. Równocześnie Bóg chce, abyśmy z tych prób wychodzili zwycięsko. I dopomaga nam w tym. (List do kapłanów na Wielki Czwartek 1979)

Zatem naszym podstawowym odniesieniem do Boga, który dopuszcza na nas próbę powinna być wewnętrzna radość i wdzięczność. Podobnie zachęca nas do takiego rozumienia strapienia Apostoł Jakub: Za pełną radość poczytujcie to sobie bracia ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość. Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków (Jk 1, 2 -4).

Kolejnym aspektem strapienia jest prawda, że Bóg pragnie już tu na ziemi przysposobić nas do nieba i dokonać naszego oczyszczenia. Pierwsze i podstawowe nawrócenie odbywa się w sakramencie chrztu, w którym człowiek wyrzeka się zła i otrzymuje zbawienie i dar nowego życia w Chrystusie. Niestety ten dar jest przez nas nieraz marnowany. Chrystus jednak tak bardzo nas miłuje, że ciągle na nowo gotów jest nam przebaczać. Warunkiem umożliwiającym Mu takie działanie jest odpowiednie usposobienie serca. Nawrócenie nie jest więc jednorazowym wydarzeniem, ale procesem, który niezależnie od tego, kiedy nastąpił jego początek – trwa do śmierci.

Przez przyjęcie łaski nawrócenia umożliwiamy Chrystusowi dokonanie naszej wewnętrznej przemiany, wewnętrznego wyzwolenia nas z tego, co utrudnia nam zjednoczenie z Bogiem. To wszystko, co w jakimś stopniu sprzeczne jest z wolą Bożą w naszym życiu, co jest budowaniem poza Bogiem, musi ulec oczyszczeniu. Temu właśnie celowi służy także strapienie duchowe. Może ono stać się dla nas wejściem w doświadczenie „czyśćca” na ziemi. Warunkiem tej duchowej przemiany jest uznanie naszej grzeszności i bezgraniczne zaufanie Bożemu miłosierdziu. Czyściec tu na ziemi to bolesne odkrywanie i przyjmowanie prawdy o sobie, prawdy o naszej pysze, drażliwości, zakłamaniu, złośliwości, niezdolności do przebaczenie bliźnim, wygodnictwie itp. W sytuacji kiedy Pan Bóg odkrywa przed nami stan naszej duszy, gdy odczuwamy jakby Go nie było, kiedy naszym oczom jawi się trudny do zniesienia obraz naszego grzechu powinniśmy ze skruchą wołać do Niego:

Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść z grzechu mojego (Ps 51, 4) Zgoda na naszą bezradność, słabość, nieporadność, nawet w stosunku do naszych grzechów i WOŁANIE DO BOGA O MIŁOSIERDZIE, sprawi, że będzie On nas oczyszczał wśród zwykłej codzienności, a każda próba jaką przechodzimy, może stać się elementem „ziemskiego czyśćca”. Taką próbą może być spadające na nas nieoczekiwanie upokorzenie, niezrozumienie ze strony innych, poczucie samotności, pustki, oschłości, zagrożenia. Narzędziem strapienia mogą być wciąż powtarzające się słabości, upadki, niemoce i wady, nerwice i stresy – ościenie, które nas kłują i najchętniej byśmy się ich z miejsca pozbyli. Te przejawy naszej skończoności, łącznie z naszymi psychicznymi nie domaganiami, jeśli zostaną oddane w szczerej modlitwie Jezusowi, ofiarowywane na Eucharystii i wypowiadane podczas spowiedzi – staną się „miejscem” owocowania. Bóg będzie nad nami rozlewał swoje miłosierdzie, dotykając nas swoją odkupieńczą miłością.

 

    Naszym czyśćcem w doczesności mogą więc być różnego rodzaju ogołocenia, przeciwności jak, np. utrata przyjaciół, śmierć bliskich, tracenie dobrej opinii, choroba i cierpienie. Jak mówi Jezus do św. Gertrudy, kiedy modliła się o zdrowie dla przyjaciółki: Przeszkadzasz mi Gertrudo, prosząc o jej zdrowie, ponieważ ta choroba jest wielką łaską, a ona poddaje się mojej woli i szybko.

Tak to już jest z człowiekiem, że w swoim życiu musi doświadczyć granic swojego istnienia i odczuć swoją nędzę. Często okazuje się to jedyną drogą do Boga, chociaż z ludzkiego punktu widzenia wydaje się to złe i można zatuszować czy zagłuszyć tak niewygodny i frustrujący stan.

Tomasz  Merton idzie jeszcze dalej mówiąc, iż „jedynie człowiek, który stanął oko w oko z rozpaczą, jest naprawdę przekonany, że potrzebuje miłosierdzia. Ci, co nie odczuwają jego potrzeby, nigdy go też nie szukają. Lepiej jest odnaleźć Boga na progu rozpaczy, niż pędzić życie w zadowoleniu z siebie, nie uznającym potrzeby przebaczenia. Życie bez problemów może być dosłownie bardziej beznadziejne niż takie, które pochyla się zawsze nad brzegiem rozpaczy.

   Św. Tomasz Morus, uwięziony przez Henryka VIII i gotujący się na niechybną śmierć, pisze ze spokojem i ufnością do swojej córki, że Bóg czuwa nad człowiekiem i nie dozwoli, aby przydarzyło mu się coś, co nie byłoby po Jego myśli: Bądź dobrej myśli moja córko [...] Nic nie może się zdarzyć, czego by Bóg nie zechciał. Cokolwiek zaś On chce, choćby nam się wydawało złe, w rzeczywistości jest dla nas najlepsze. Podobnie zauważa św. Paweł, że: smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się potem nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć (2 Kor 7,10). Tej na pozór sprzecznej w sobie logiki nie sposób wyprowadzić z filozofii bezstresowego życia i dobrego samopoczucia.

3. Trzecia racja, dla której według św. Ignacego człowiek przeżywa strapienie duchowe ma za cel nawrócenie serca. Tutaj z kolei przemianie życia ma służyć prawdziwe poznanie i wewnętrzne odczucie, że to Bóg jest Dawcą wszelkiego dobra. Poznanie to – jak pisze Ignacy – jest darem Bożym. Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy wiedzą a doświadczeniem serca. Można posiąść ogromną wiedzę nawet religijną, ale trwać w próżności i przypisywaniu wszelkich sukcesów i osiągnięć sobie. Istnieje pokusa, której nierzadko można ulec, że pociecha, powodzenie jest owocem tylko mojego wysiłku, staranności itp. Wskutek wielości oświeceń, wewnętrznej radości człowiek wprawiający się w życie duchowe, zwłaszcza w początkach, może zapominać się i wynosić się ponad innych, że jest mądrzejszy, ma większe doświadczenie, potrafi wiele spraw wyjaśnić o wiele lepiej niż inni, jest ekspertem we wszelkiej dziedzinie życia duchowego. Najczęściej nie jest to dla niego widoczne do czasu, kiedy przyjdzie strapienie. Wtedy dopiero widzi, że pobłądził. Jego serce stało się wyniosłe z powodu wpatrzenia się w swoje piękno (por Ez 28, 17).

   Bóg chce poprzez strapienie obudzić człowieka, wstrząsnąć nim, aby przywrócić w nim właściwą relację: Ojciec – Dawca wszystkiego i człowiek – dziecko przyjmujące wszystko z pokorą i wdzięcznością. Pragnie otworzyć oczy serca i umysłu, aby człowiek w stworzeniu odkrywał Tego, który je powołał do istnienia. Niestety ta zdolność reagowania na rzeczywistość – dostrzegania wartości i piękna rzeczy zwyczajnych, uwrażliwienia się na otaczającą nas zewsząd wspaniałość wszystkich dzieł Bożych jest nierzadko przytłumiona. Często człowiek zapatrzony w siebie nie jest w stanie dostrzec nadzwyczajności każdego stworzenia, staje się ono czymś normalnym, a nawet czymś, co się jemu należy. Rzeczy stworzone, pocieszenia, emocje mogą tak pochłonąć duszę ludzką, iż zapomni ona, od kogo to pochodzi. Stąd niedaleko już do zuchwałości i pychy. Dlatego Pan zsyła strapienie, aby owo „panoszenie się w cudzym gnieździe” przykrócić i wyrwać człowieka z fałszu.

Jak widać przyczyny poprzez które człowiek przeżywa strapienie wzajemnie się przenikają i uzupełniają. W najgłębszej istocie chodzi zawsze o przemianę SERCA, które narażone jest na uśpienie i bierność. Bóg z miłości do człowieka pragnie jednak jego wzrostu, dlatego próby i strapienia są nieodzowne w życiu duchowym.

Przeplatające się w życiu strapienia i pocieszenia to innymi słowy skutek konkretnego działania Ducha Bożego podarowanego nam najpierw we chrzcie i bierzmowaniu, a także stale obecnego w naszym życiu, Ducha, który powoli kształtuje i wzmacnia w nas wewnętrznego człowieka.

 

Zegar
 
Przycisk Facebook "Lubię to"
 
Reklama
 
Sposoby Kontaktu
 
Żywy Płomień kontakt:

Tel-kom: 0 601 27 96 32

viviflaminis@gmail.com

gg -5388746
Inne po nawiązaniu kontaktu ze mną.
Licznik Gości Strony.
 
UWAGA KOMUNIKAT!!!!!!
 
Bardzo wszystkich czytelników przepraszam za umieszczone złe, nieprzyzwoite reklamy na mojej stronie, ale korzystam z darmowej strony, portalu TLEN. Administrator tego portalu nie jest katolikiem i umieszcza celowo takie reklamy na moim portalu aby odstraszyć użytkowników.
 
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=